Przed premierą: Słowny Ninja. Zostań mistrzem Słowa

Gry słowne to najskuteczniejszy sposób przyciągania osób w średnim wieku lub nawet starszych do nowoczesnych gier planszowych. Osób, które do tej pory nie miały z nimi kontaktu. Czasami ciężko jest im wytłumaczyć czym obecnie są planszówki, bo przecież osoby te zatrzymały się na „Chińczykach” czy klonach „Monopoly”. Większość z nich jednak na pewno będzie kojarzyć „Scrabble”. Najpopularniejsza gra słowna, w którą nawet jeśli ktoś nie grał, to przynajmniej wie o co w niej chodzi,  a to jest bardzo dobry punkt wyjścia do poznania innych gier o podobnej mechanice, a później kolejnych ich typów. Lepiej odwoływać się do czegoś, co ktoś już zna, niż rozpływać się nad wspaniałością rzeczy, które dla odbiorcy są pojęciem abstrakcyjnym. Tak, gry słowne są bardzo dobrym pomostem łączącym grających z niegrającymi. Od lat namawiam polskie wydawnictwa na wydanie zagranicznego hitu jakim jest gra „Paperback„, ale jak do tej pory nikt się nie skusił, a szkoda. No nic, wciąż czekam. Ten tekst nie jest jednak o moich marzeniach, ale o grze, której się udało i już niedługo będzie miała swoją premierę. Najnowsza gra Łukasza „Wookie” Woźniaka – „Słowny Ninja” ma szansę zostać twoim instruktorem wykorzystania liter alfabetu jako potencjalnej broni do słownej walki z każdym typem przeciwnika. Czas więc rozpocząć drogę Słownego Ninja…

Opisana w tekście gra została przekazana przez wydawnictwo uWookiego.

Gra wygląda niepozornie, bo to w zasadzie jedna talia kart, a w dodatku karty na pierwszy rzut oka mogą jeszcze zaskoczyć swoim rozmiarem. Jednak podczas gry spisują się bardzo dobrze i okazują się idealne. W dodatku każda z nich zilustrowana jest sympatycznym ninja, który został przyłapany na wykonywaniu czynności związanej z widoczną na karcie literą, która jest kluczowym jej elementem. Ilustracje są bardzo sympatyczne i na pewno szybko polubisz naszego słownego wojownika. Oprócz niego na karcie znajdziesz również wartość punktową danej litery, kolor oraz liczbę jej kopii w talii. Całość prezentuje się przejrzyście oraz bardzo kompaktowo, więc nie powinno być problemu z zabraniem gry w każde miejsce, bo pudełko/woreczek z kartami zmieścisz wszędzie. Wrzucona w tajemnicy np. do przepastnej damskiej torebki jest niezauważalna, zarówno wagowo, jak i rozmiarowo. Test ten przeprowadziłem osobiście… na Moni.

Uwaga: Na zdjęciach widzisz wersję demo bez pudełka i wydrukowanej instrukcji.

„Słowny Ninja” oferuje kilka wariantów zabawy, a z tego co wyczytałem z instrukcji wynika, że wciąż powstają nowe i będą one publikowane w sieci. Opiszę je wszystkie, tak żebyś miał pełny obraz tego co ten tytuł oferuje, ale zacznę od tych, które najbardziej mi się spodobały.

Wariant „3 litery” (2 – 8 graczy) jest dla mnie najbardziej szalony ze wszystkich i skupia się na szybkim wynajdowaniu odpowiednich słów na podstawie widocznych liter. Dzielisz karty na trzy w miarę równe stosy, a potem jednocześnie odkrywa się po jednej karcie z każdego z tych stosów. Teraz następuje główny element zabawy, czyli wymyślenie jak najszybciej słowa, które zawiera trzy odkryte litery. Kto pierwszy, ten lepszy. Wygrywający zabiera odkryte karty, a na końcu liczy się punkty z kart, które zebraliście podczas gry.

Gra wydaje się banalnie prosta i może faktycznie taka jest, ale działa świetnie w każdym towarzystwie, a jeżeli dołożymy do tego kolejną literę do odkrycia, to okazuje się, że ułożenie na szybko słowa zawierającego wszystkie cztery litery nie jest znowu takie proste, zwłaszcza, że inni starają się to zrobić to samo jeszcze szybciej niż ty. Emocje są zbliżone do tych znanych z „Dobble”, więc to powinno ci pomóc w zrozumieniu o czym mówię.  Presja czasu i szybkie przestawianie liter w głowie na pewno wywołają u ciebie lekki paraliż decyzyjny, ale przede wszystkim sprawią satysfakcję, jeśli to ty będziesz tym pierwszym. Brawo!

W instrukcji zaproponowano odliczanie do trzech, albo wypowiedzenie znanego wszystkim „trzy cztery”, ale ja proponuję zastąpić to jakimś wykręconym zwrotem, np. „cztery kąty, słoń piąty”. Widok grupy osób zgromadzonej nad stołem i mówiącej co kilkadziesiąt sekund tego typu niedorzeczne hasło, a potem krzyczące jeden przez drugiego wymyślone wyrazy, każdą obserwującą was osobę powinno wprawić w stan lekkiego zdziwienia połączonego z zainteresowaniem i konsternacją. A stan taki to najlepsza zachęta do sprawdzenia, co wy tam robicie i już macie potencjalnego nowego gracza.

Jeżeli lubisz „Rummikuba”, to na pewno szybko odnajdziesz się w wariancie „klasycznym” (2 – 5 graczy). Każdy z was dostaje po siedem kart i nich staracie się ułożyć słowa. Wykładacie całe słowa lub tak wykorzystujecie litery z już wyłożonych słów, żeby ułożyć z nich oraz liter wyłożonych z ręki nowe słowo, ale jednocześnie musicie zostawić po tych transformacjach poprawne słowa na stole. Litery możesz dokładać tylko do jednego słowa i tylko za to słowo otrzymasz punkty.

W swojej turze zamiast akcji tworzenia słowa możesz wykonać akcję polegającą na wymianie jednej karty na inną z talii dociągu. Ważne jest, żeby na ręce zawsze mieć siedem kart.

Punkty otrzymujemy za ułożone słowa, ale tak naprawdę za użyte w nich litery, bo podobnie jak w „Scrabble” nie wszystkie litery mają takie same wartości i są one wycenione w zależności od częstości występowania ich w naszym języku. Z tego też powodu o liczbie punktów nie zawsze decyduje długość słowa, ale sprytne wykorzystanie liter najbardziej premiowanych.

Powiem od razu, mistrzem tutaj nie jestem i Monia ogrywała mnie w zasadzie zawsze, ale gra trwa na tyle krótko i zawsze inaczej, że z przyjemnością się temu upokorzeniu poddaję. Tak, upokorzeniu, bo nie chcesz widzieć naszych wyników. No cóż, trening ninja bywa bolesny, ale czyni mistrzem, jak mawiają sławni sensei.

Zabawę możesz dodatkowo jeszcze urozmaicić i utrudnić wykorzystując podczas gry karty zadań (opiszę je w kolejnym wariacie, w którym odgrywają główną rolę), ale nawet w podstawowej wersji jest nad czym pomyśleć, więc nie trzeba się z tym śpieszyć, ale na pewno warto z nich skorzystać.

Jeżeli miałbym krótko opisać „zabawę w zadania” (2 – 8 graczy), to nazwałbym ten wariant odwrotnym „Scrabble”. W tradycyjnym „Scrabble” układasz wyrazy na planszy zapełniając ją literami i zbierasz przy tym premie, a tutaj ściągasz wyrazy z planszy ułożonej z kart/liter (obszar osiem na osiem) w momencie kiedy odnajdziesz takie, które spełniają wymogi aktywnego zadania.

Wyrazów będziesz szukał w tym samym momencie co pozostali gracze, więc potrzebna tu będzie nie tylko słowna wiedza, ale również i szybkość kojarzenia ze sobą liter i układania z nich właściwych słów. Zadania dotyczą liczby kolorów liter w słowie (np. dokładnie dwa, trzy, cztery kolory, minimum pięć kolorów, minimum trzy karty tego samego koloru) oraz kolejności kolorów liter w słowie. Na początku zadanie nie powinno sprawić trudności (chociaż szukanie tych najbardziej punktujących nie jest nigdy łatwe), ale później w miarę usuwania liter odgadniętych wyrazów oraz wykładania kolejnych zadań, zabawa staje się coraz trudniejsza. Jest to świetna słowna gimnastyka umysłu.

Przejdźmy teraz do wariantów, które doceniam za pomysł, ale nie sprawiły mi one aż takiej przyjemności jak te, które już opisałem. Ale to ja, a tobie mogą się one spodobać może nawet bardziej niż tamte które mi sprawiły więcej frajdy, więc czytaj dalej i nie sugeruj się za mocno moimi odczuciami.

Wariant „szukaj i pokaż” (4+ graczy) to takie kalambury połączone z wyszukiwaniem wyrazów z dostępnych liter. Na początku tury wykładacie dwadzieścia pięć kart w układzie pięć na pięć i teraz wybrany wcześniej pokazujący ma jedną minutę na wyszukanie spośród nich wyrazu złożonego tylko z widocznych liter i pokazanie go pozostałym członkom swojej drużyny. Jeżeli mu się to udało, a czas jeszcze się nie skończył, to ściąga się użyte do odgadniętego słowa litery, szuka kolejnego wyrazu i pokazuje dalej. W przeciwnym razie tura się kończy, na jego miejsce wchodzi pokazujący z drużyny przeciwnej i zaczyna się nowa tura z nowym zestawem liter. Wygrani podliczają punkty z zebranych kart (warto wybierać/szukać dobrze punktowane słowa), a przegrani muszą się obejść smakiem i liczyć na szczęście w przyszłej turze.

Jak lubię kalambury, to jakoś bardziej przemawiają do mnie gry oparte o konkretną tematykę lub hasła, które w pewnym stopniu wyrównują szanse drużyn, bo tutaj wszystko zależy od pokazującego i jego zdolności wzrokowo-słowotwórczych. Plusem jest natomiast decydowanie fakt, że mając tylko jedną małą talię kart, możemy mieć przy sobie kilka typów gier, również imprezową. Dla minimalistów może być to bardzo ważna zaleta.

Ostatnim wariatem jest „alfabet” (1 – 5 graczy). Jest to typ gry kooperacyjnej, której staracie się wspólnie ułożyć jak najbardziej pełny alfabet, czyli układ ściśle określonych, ułożonych po sobie w ustalonej kolejności liter. Na początku trzeba wyłożyć pierwszą kartę startową z zakresu od F do S. Teraz podczas swojego ruchu każdy z was ma przed sobą sześć widocznych kart oraz możliwość wykonania jednej z dwóch akcji. Odrzucenie karty i dobranie jednej lub dołożenie litery do alfabetu i dobranie kart/-y.

Kartę z literą można dołożyć po lewej lub prawej stronie już ułożonych kart (nie można nic „wciskać” pomiędzy karty), tak żeby zachować (a przynajmniej starać się to zrobić) kolejność liter w alfabecie. Dodatkowo możesz położyć identyczną literę obok już dołożonej lub dwie takie same litery jako jokera, czyli zastępującego dowolną literę. Gra kończy się w momencie gdy skończą się wszystkie karty w talii dobierania oraz te wyłożone przed grającymi. Wynik określicie na podstawie liczby liter w ułożonym alfabecie. Im więcej ich jest, tym oczywiście lepiej, ale liczcie się z tym, że czasami trzeba będzie coś opuścić, żeby się nie blokować i móc dokładać pozostałe litery.

Pierwsze próby ułożenia alfabetu są nawet fajne, ale potem jakby siada napięcie i dokładanie kart nie wywołuje już takich emocji. W dodatku w zasadzie możemy tutaj decydować, co kiedy wykładamy, a co odrzucamy, kierując się np. liczbą kart z dana literą w talii, ale wpływ losowego układu karty w potasowanej za każdym razem inaczej talii, ma za duży wpływ na grę, żeby mówić tutaj o jakiś poważnych zagraniach strategicznych i dążeniu do polepszania wyniku z gry na grę. Ale jeżeli potraktujesz ten wariant jako jednoosobowy pasjans wraz z wszystkimi wadami i zaletami tego typu rozrywki, to się nie rozczarujesz. Przy większej liczbie grających zabawa może się jednak szybko znudzić. Istnieje oczywiście też taka możliwość, że ja tu czegoś nie dostrzegam, ale odkrycie tego zostawiam już tobie.

Czas na podsumowanie. Pomimo że nie wszystkie warianty przypadły mi do gustu, to nie twierdzę, że nie są one warte poznania. Wszystkie są przemyślane, a co najważniejsze – działają i spełniają zamysł, który jak sądzę przyświecał Łukaszowi, czyli zrobienie gry, która sprawdzi się w każdych warunkach, zarówno jeżeli chodzi o wymagania graczy, jak i sytuację, w której się po nią sięgnie. Jakby nie patrzeć, to wraz z tą małą talią kart dostaniesz pakiet gier, które docenią nie tylko miłośnicy „Scrabble” lub „Rummikuba”, ale również pasjansów czy nawet gier imprezowych. Czyli jak na tak niepozorną grę, to przyznasz, że to bardzo duży wachlarz możliwości.

Kupić? Jeżeli lubisz gry słowne i chcesz wzbogacić swoją kolekcję o kolejny tego typu tytuł, to śmiało kupuj „Słownego Ninja”. Tym bardziej, że gra będzie miała atrakcyjną cenę.

Natomiast pozostałych zachęcam do poznania gier słownych. Jest ku temu świetna okazja, więc czemu tego nie zrobić i sięgnąć właśnie po „Słownego Ninja” ? Gry te nie tylko ćwiczą intelekt, ale dodatkowo pozwalają wzbogacić słownictwo, a tego w dobie pogorszenia się stanu czytelnictwa w Polsce i otaczających nas ze wszystkich stron błędów językowych (wiem co mówię, bo sam je niestety czasami popełniam) nigdy za dużo. Zostań więc ninja, Słownym Ninja.

  • Autor:

    Łukasz Woźniak

  • Liczba graczy:

    1 – 8

  • Czas gry:

    od 10 min

  • Link do strony wydawnictwa:
  • Więcej o grze…


 

 

Century: Korzenny Szlak
Jorvik