To nie zombie są tutaj straszne

Autor gry mnie ostrzegał „Tycjan to jest wredna gra. Pamiętaj o tym grając z Monią. Spoko Piotr, my w grach nie mamy dla siebie litości i Monia zna mnie od tej strony„. Okazuje się, że nawet mnie, który poznał już naprawdę trochę gier, można jeszcze w planszówkach zaskoczyć.

Zaczyna się spokojnie, wiem co się święci, plotki szybko się rozchodzą i fantastyczne do tej pory wizje stają się rzeczywistością. Tak, prawdziwe zombie pojawiły się w naszym świecie i to nie gdzieś tam daleko, ale tu, obok nas, w naszym mieście. Uciekamy do kościoła i tutaj postanawiamy czekać na pomoc, która z tego co się dowiedzieliśmy z radia, ma zjawić się za jakieś dwa tygodnie. Kościół. Tak, jak trwoga to do Boga. W takich sytuacjach stare prawdy zawsze się sprawdzają.

Zdaję sobie sprawę, że teraz nastąpi najgorsza część tej ucieczki, musimy się bronić i przetrwać te dni dzielące nas od ocalenia. Rozglądam się po nowym domu. Jest nas czterech i tylko dwie beczki rozstawione pomiędzy trzema wielkimi wyłomami w murze, które wyglądają jak śmiejące się z nas szczerbate, monstrualne usta. Drwią z nas „nie dacie rady, poddajcie się już teraz”. Odwalcie się, nie po to tak uciekaliśmy i zostawiliśmy wszystko co stanowiło do tej pory nasze życie, żeby teraz poddać się bez walki.

W magazynie paczka jakiegoś jedzenia, granat i jeden kanister paliwa. Nie jest tego za dużo, a przecież nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Umarlaki nie mają litości dla nikogo. Trzeba się skupić i zacząć planować. Uspokajam oddech i zaczynam układać plan. Po pierwsze pożywienie, bo bez tego nie będzie po co się bronić i myśleć o ewakuacji, skoro wcześniej zginiemy z głodu. Właśnie, bronić! O tym nie możemy zapominać, bo przecież walka i broń, to jedyny sposób na zatrzymanie tych opanowanych chęcią mordu bezmyślnych istot. Tutaj dyplomacja i oratorstwo nie pomoże, a liczy się tylko strzał, spalenie, wybuch. Spoglądam na mapę i uśmiecham się pierwszy raz od bardzo dawna, sam nie wiem od kiedy. W końcu dopisało nam jakieś szczęście – obok nas jest miasto.  A jeżeli miasto, to szansa na zdobycie potrzebnych nam rzeczy. Teraz już wiem do czego przyda się mijana przez nas podczas biegu, zaparkowania obok murów stara ciężarówka. Mamy transport!  Nie mamy czasu, bo noc jest coraz bliżej. To najgorsza pora dla niezarażonych ludzi, to czas polowania na nas i każda ze stron dobrze o tym wie.

Wsiadamy do rozklekotanej szoferki i ruszamy do naszego osiedlowego supermarketu po paczkowane jedzenie, jakąś broń, paliwo i leki. Jak łatwo nasze dotychczasowe materialne pragnienia odchodzą w dal i są zastępowane przez takie proste środki do życia, które do tej pory traktowane były z lekceważeniem. Jedzenie zawsze pod ręką, paliwo łatwe do kupienia na pobliskiej stacji, nie trzeba się uzbrajać, bo po co, skoro praktycznie nic nam nie grozi. Teraz zaczynam to doceniać. Mam nadzieję, że niedługo ten koszmar się skończy i będę mógł to w końcu docenić naprawdę. Na miejscu zostają dwaj z nas, którzy muszą przygotować nasza kryjówkę na najbliższe dni. Za kościołem mamy zagrodę i ogródek, więc jakieś jedzenie będzie. Jest też kilka starych szop, w których organizujemy warsztat, magazyn i laboratorium. Jak dumnie brzmią te nazwy patrząc na stare baraki, w których będziemy ze znalezionej blachy robić beczki na barykady, przerabiać znalezione leki na materiały wybuchowe lub wytwarzać jakieś paliwo. Przykościelna kuchnia z lazaretem jest dopełnieniem naszej twierdzy. Gdyby nie te trzy wyrwy w murze powiedziałbym, że jesteśmy w survivalowym raju. Niestety w rzeczywistości czeka nas ogrom pracy przy budowie barykad, ale nie narzekamy, a przynajmniej jeszcze tego nie robimy. Wciąż tkwi w nas optymizm i zapał pozostały z poprzedniego życia, podsycany wizją tego nowego, które zaczniemy kiedy to wszystko się skończy. Tylko na ile go nam starczy?

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i jak każdy z nas traktowałem to jako przerywnik, jako niechcianą przygodę, która jednak musi się dobrze skończyć. Nie wiem czy już wtedy popełniliśmy pierwsze błędy, czy dopiero kolejne dni były ich świadkiem. Czy zrobiłbym coś inaczej, czy zamiast ciągłej walki o jedzenie, nie zabrałbym się poważniej do budowy barykad i stawiania na nich pułapek? Nie wiem. Te pytania i tak już nie mają sensu. To, że jestem już sam w naszym „ostatnim bastionie” i piszę to wiedząc, że mój koniec jest bliski, nie pomaga tym bardziej znaleźć na nie odpowiedzi. Wiem tylko, że się nie udało. Straciliśmy nie tylko szanse na ocalenie, ale również zatraciliśmy coś, czego do tej pory byliśmy tak pewni, to co odróżniało nas od zgrai zombie włóczących się po okolicy, straciliśmy człowieczeństwo. Walka o przetrwanie jak żadna inna sytuacja potrafi wyciągnąć z człowieka, to co jest w nim najgorsze, a my nie byliśmy wyjątkiem. Patrzenie na cierpienie osób obok nas lub ocalałych w innych miejscach ludzi bez śladu empatii. Okradanie tych, którzy tak jak i my walczyli o przetrwanie. Myśli i czyny , które sprowadzają się tylko do zapewnienia bezpieczeństwa sobie… Nie, to nie jest opis człowieka, którym byśmy chcieli być  w czasach przed epidemią. Teraz już nie mam szans i czasu, żeby to zmienić. Konfesjonał, w którym siedzę, po drugiej stronie jest pusty i nikt nie da mi rozgrzeszenia, muszę z tym żyć. Na szczęście nie potrwa to długo. To już ostatnia noc. Dzisiaj nadejdzie horda zombie.

1-2014-12-05 13.18.32

Piotr Pieńkowski miał rację, to jest wredna gra pełna tych nie zawsze miłych emocji, jakie chcę przeżywać tylko w czasie gier. O klimacie chyba po tym wstępie nie muszę już za dużo mówić, bo w Ataku Zombie jest on bardzo wyczuwalny. Oczywiście zakładam, że sami gracze chcą go mieć i dodatkowo będą go podsycać. Bez takiego podejścia gra ta będzie tylko tekturą, garścią drewna i zwykłym worker placementem – już spotkałem się z takim komentarzem. Nie wiem dlaczego teraz, gdy przed wydaniem gry prawie wszystko się o niej wie, jest instrukcja do pobrania, dalej niektóre osoby sięgają po gry, które nie są pod nich tworzone. Po co z własnej woli się katować?

Atak zombie ma w sobie coś z gry przygodowej i wszyscy fani komputerowych walk o przetrwanie w świecie pełnych zombie lub serialu Walking Dead, poczują się jak w domu, chociaż ja nikomu takiego domu nie życzę. Od samego początku widać, że będzie trudno i nie łudźmy się że z każdą gra będzie lepiej. Nie będzie, bo zadbają o to karty wydarzeń, losowa liczba atakujących zombie i poczynania naszych współgraczy, nie tylko zabierających nam towary ze sklepów w mieście, ale również bez skrupułów kradnących zapasy z naszych lokacji. Dodatkowo przez cały czas ciąży nad tobą uczucie, że kolejna noc będzie tą ostatnią. Dookoła widać zombie, które przyszły za tobą z miasta, z wyprawy w teren, a nawet przyciąga ich dźwięk pracy wykonywanych w lokacji. Zombie, zombie i wszędzie zombie, które pod postacią żetonów zmieniają sytuację nie tylko na planszy. Dokładając kolejny taki żeton  już wiesz, że jeden z twoich ludzi nie przetrwa. Na początku martwisz się o niego, a potem już z premedytacją pozostawiasz lekko chorych na pastwę losu, bo wiesz, że nie wyżywisz wszystkich, więc wybierasz tych zdrowych. Przygarniasz nowych uciekinierów, bo ktoś musi zastąpić tych, których pożarły atakujące zombie i ci nowi są teraz ci bliscy, a tamci szybko odchodzą w zapomnienie.

Emocje. Naprawdę, grając nieraz zawahała mi się ręka przed wykonaniem jakiejś akcji. Spoglądam na szkołę, w której ukrywają się ludzie Moni, jest tam niewesoło, nie ma wystarczająco dużo beczek na barykadach, trzech ludzi broni siebie i magazynu z jednym jedzeniem i paliwem. A ja wpatruję się w kartę Wytrych. Spoglądam to na nią, to na Monię i walczę z myślą, czy mam to zrobić?! I potem mówię sobie to tylko gra, przełykam ślinę i ją wykładam – „Monia kradnę Ci dwa towary„. Cholera, nie jest mi z tym dobrze i od razu chcę się usprawiedliwić – „Możesz już mnie okradać, mam pięciu ludzi…„, ale odpowiedź „świetnie, tylko kto zdobędzie jedzenie, broń i beczki na kolejną noc…” nie przynosi mi ulgi. Nie pamiętam gry, która by mnie tak wypatroszyła emocjonalnie jak Atak Zombie. W tej grze czasami, to nie zombie są straszne, ale wybory.