Akademia Smoczych Wrót. Kiedy nie stać cię na studia w Hogwarcie, a chcesz być kimś w magicznym świecie

Pomimo swoich lat jestem fanem Harrego Pottera, nie wstydzę się tego i wciąż liczę, że jeszcze przeczytam kolejne przygody już niemłodego czarodzieja. Znane uniwersa lubią być jednak eksploatowane nie tylko z poziomu głównych bohaterów. Pojawiają się więc różnego rodzaju spinoffy dotyczące drugoplanowych bohaterów lub miejsc. Gdyby ktoś chciał zrobić grę o studiowaniu i związanych z tym przygodach na znanej i cenionej uczelni jaką jest Hogwart, to taką grą właśnie spokojnie mogła by być „Akademia Smoczych Wrót”. Wystarczy popuścić lekko wodze fantazji i już moglibyśmy buszować nocami po Akademii pod osłoną peleryny niewidki jako jeden z przedstawicieli czterech sławnych domów tej znamienitej Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Niestety brutalny świat licencji jest jaki jest i zamiast do Hogwartu trafisz do Akademii Smoczych Wrót. Może nie jest to tak sławna uczelnia, ale kształci ona równie dobrze i skrywa swoje tajemnice. A żeby nikt mi nie zarzucił, że wymyślam tego typu porównania na siłę, to pozwolę sobie zacytować motto Hogwartu – „Draco dormiens nunquam titillandus”, czyli „Nigdy nie drażnij śpiącego smoka„. I co? Jest coś na rzeczy, prawda?
Czytaj dalej

O czym śni koniec języka, czyli listopadowe nowości Naszej Księgarni

Będąc na Krakowskich Targach Książki zostałem obdarowany przez Jarka Basałygę dwiema listopadowymi nowościami Naszej Księgarni. Wyjazd był spontaniczny, prezent niespodziewany (w zasadzie nie powinno ich jeszcze być, był przecież jeszcze październik), ale jak się po raz kolejny okazało, nic nie dzieje się bez przyczyny. Dwie gry w krótkim czasie idealnie wpasowały się w nasze przyjacielsko-rodzinne spotkania, a z doświadczenia już wiem, że tych akurat „graczy” nie wszystko bawi. Czytaj dalej

Przed premierą: Azyl: Zagrożone Gatunki. Europejska ochrona zwierząt

Azyl: Zagrożone Gatunki” poznałem kilka miesięcy temu w zupełnie innym wcieleniu. Na spotkaniu z wydawnictwem Cube Factory of Ideas, Przemek Wojtkowiak prezentował nam swoją grę „Farma”, która opowiadała o pracy na roli. Od tego czasu gra fabularnie całkowicie się zmieniła, ale mechanika, która stanowiła podstawę mojego zainteresowania tym tytułem pozostała. „Azyl” to gra dla miłośników klasycznego, europejskiego podejścia do planszówek. Nie znajdziesz w niej przeładowania mechanizmami, ale te które tu zastosowano, zapewnią twoim szarym komórkom satysfakcjonujący trening. Czytaj dalej

Pocket Mars. Bez klimatu jej do twarzy

Swego czasu ekipa wydawnictwa Board&Dice zrobiła wszystko, żeby pokazać nam jak klimatyczną grą jest „Pocket Mars„. Sadzili nawet ziemniaki. A mam wrażenie, że już tylko mały krok dzielił ich od zbudowania własnej rakiety, która wyniosłaby ich na podbój czerwonej planety. Ktoś, kto się na to złapał, zapewne doznał po pierwszej rozgrywce szoku, bo w tym tytule klimatu na próżno szukać. Niestety, zdarza się. Oczywiście możesz się ze mną nie zgadzać, bo przecież w grze czuć klimat… tylko że ten prawdziwy, suchy, marsjański, ale to przecież nie o to chodzi. Na szczęście w grach najważniejsza jest mechanika i przyjemność płynąca z samego grania, a tutaj wszystko jest w porządku i pod tym względzie na pewno nie poczujesz się oszukany. Czytaj dalej

Terraformacja Marsa. Hellas i Elysium czekają na nowych pionierów

Ostatnio najczęściej na naszym stole ląduje „Terraformacja Marsa„, która wspólnie z „Great Western Trail” skradła nasze planszówkowe serca. W zasadzie gdybym dołożył do tego „Cywilizację: Poprzez wieki”, „Agricolę” i pierwotny „51. Stan”, to już bym mógł spokojnie udać się na bezludną wyspę wraz z moją (uwaga!) żoną Moniką (tak, tak, na wieki oficjalnie razem) i na pewno byśmy nie zaznali nudy i stagnacji w tych mało przyjemnych okolicznościach przyrody. Wprawdzie o „Terraformacji Marsa” na blogu nic nie napisałem, ale tyle razy o niej mówiłem podczas Rozmów.ZP, a w sumie też sporo tego na innych blogach ZnadPlanszy.pl znajdziesz, że chyba nie muszę nic więcej do tego dokładać. Warto natomiast, przynajmniej nawet z powodów kronikarskich, wspomnieć o pierwszym dodatku do tego genialnego tytułu, czyli „Hellas i Elysium„. Jest to wprawdzie tylko plansza, ale wystarczy kilka rozgrywek, żeby poczuć świeżą krew, która popłynęła w żyłach dobrze już nam znanej ulubienicy. Mhh, troszkę to zabrzmiało jak wpis z pamiętnika doktora Frankensteina, ale obiecuję, że dalej będzie już o grach.    Czytaj dalej