Uczta dla Odyna. Prolog i co właściwie skrywa to duże pudło

Ten tekst jest wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze pierwszy raz spotkałem się z grą, która od razu powiedziała mi „No bracie, tutaj sobie tak szybko tekstu na bloga o mnie nie napiszesz„. Wprawdzie trochę się pomyliła, bo jednak go czytasz, ale faktycznie po kilku grach nie czuję się jeszcze na siłach, żeby w całości opisać ogrom możliwości jakie skrywa „Uczta dla Odyna”. Potraktuj więc ten tekst, tak jak napisałem w tytule, jako swego rodzaju wstęp. Taką przystawkę, która ma na celu zaostrzyć apetyt przed daniem głównym. Dodatkowo mam jeszcze dla ciebie podgląd zawartości pudełka, bo liczba dobroci jakie ono skrywa spokojnie mogłaby wystarczyć na trzy lub nawet cztery gry. Ze zdjęciami wiąże się druga z wyjątkowości. Oczekiwania od wydawnictwa były jasne: muszą być kotki. I nastał ten dzień, kiedy zadałem sobie pytanie, co do bloga przyciąga bardziej, ja czy Mordimer z Khaleesi? Dla własnego dobra psychicznego postanowiłem jednak nie drążyć za bardzo tematu… Zapraszam do stołu, uczta czeka.

Opisana w tekście gra została przekazana przez wydawnictwo Lacerta

Osoby, które znają wcześniejsze duże gry Uwe Rosenberga nie będą za mocno zdziwione na widok rozłożonej gry, która potrafi w porywach zająć cały średniej wielkości stół, ale „pierwszaki” mogą doznać lekkiego szoku i oczopląsu. Nie jest to jednak żaden przerost formy nad treścią, bo już po pierwszej grze wiesz, że wszystko jest tam potrzebne. No, może lekko zbędny jest tam organizer do okrętów, ale to tylko jedna mała plansza, więc można to pominąć, a po drugie ładnie wygląda w otoczeniu pozostałych komponentów. Ogólnie jednak nie ma się do czego przyczepić.

Waga pudła jeszcze bez zdjętej folii

Waga bez wyprasek…

… i zawartość

Całe pudło jak widzisz, wygląda równie okazale, a dodatkowo swoje waży. Ciekawe jak będą wyglądać gry Uwe Rosenberga w przyszłości, bo mam wrażenie, że z tytułu na tytuł, przestaje on się ograniczać z liczbą komponentów i jak widać ma do tego talent.

Resztę na temat jakości dopowiedzą zdjęcia, a już co do czego służy opiszę następnym razem. Teraz skupię się na tym, co wiem na pewno.

Tak jak już wspomniałem, gra nie jest prosta do opanowania i zdradzenia szybko wszystkich swoich sekretów. Przepuszczam, że jeszcze długo, długo będzie pokazywała na co ją stać. Na początku miałem wrażenie, że połowa komponentów i akcji jest zbędna, bo nie ma siły, żebym wszystko wykonał w ciągu tych siedmiu rund. Co jest zresztą dobrym odczuciem, bo cały sekret tkwi nie w zrobieniu wszystkiego, ale w wyborze najbardziej optymalnej drogi do zwycięstwa. Jednak widok takiej masy komponentów i alternatywa wyboru jednej z sześćdziesięciu jeden akcji z głównej planszy w ogóle tego nie ułatwia.

W dodatku dostajemy tutaj grę w grze, bo te nieregularne kształty żetonów żywności i przedmiotów nie są tu przypadkowe. Żetonami tymi musimy zabudowywać nasze plansze, zarówno te podstawowe, jak i później pozyskane, przedstawiające nowo wybudowane domy i podbite wyspy. To taki „Tetris”, a w świecie Rosenberga „Patchwork” podany w bardziej rozbudowanej formie, bo teraz nie tylko trzeba starać się zakryć wszystkie pola, to jeszcze warto pozostawić w nich odpowiednie pola odkryte, bo przynoszą one nam podczas gry różne korzyści. To naprawdę wciąga i jest wyzwaniem samym w sobie. Na nudę nie będziesz tutaj narzekał, bo w zasadzie przez cały czas będziesz coś kombinował.


A co na to pozostali gracze, czy będziesz ich dostrzegał? Część graczy narzeka tutaj na brak interakcji, ale nie jestem tego w stanie zrozumieć, bo jest ona na typowym dla Rosenberga poziomie, czyli polega na wzajemnym blokowaniu sobie przez graczy akcji. Jeżeli ktoś cię wyprzedzi, to musisz w tej rundzie obejść się tylko smakiem, przegrupować i wybrać inną opcję. „Uczta” to taki znany z innych gier Rosenberga miks strategiczno-taktyczny. Za to zresztą uwielbiamy przecież jego duże tytuły.

„Ucztę” w zasadzie mógłbym porównać do popularnego typu gier komputerowych, tzw. „sandboksów”. Tutaj też dostajemy taki „otwarty świat” z bardzo dużą liczbą ogólnie określonych zasad i mechanizmów, akcji/możliwości i przedmiotów, które możemy według własnego pomysłu wykorzystywać i kształtować w celu osiągnięcia określonego celu. „Uczta dla Odyna” jest właśnie dla mnie takim poligonem, na którym mogę testować różne pomysły na maksymalizację końcowego wyniku punktowego.

Eurogry są w zasadzie zawsze posądzane o suchość i trochę oderwanie od tematu, ostatnio to się zmienia, ale wciąż tego typy produkcje z rozpędu muszą się z tym zmagać. Ja w każdej grze Uwe dostrzegam fabułę, co jest z jednej strony związane faktycznie z jej przedstawieniem za pomocą dostępnych akcji, a z drugiej przez moją wyobraźnię, która w takich wypadkach ułatwia mi dobrą zabawę i dopowiada resztę. W tym wypadku nie musiałem się za bardzo wysilać, bo to jest po prostu najbardziej klimatyczna jego gra. Ona faktycznie opowiada o Wikingach. A jak w następnym tekście opiszę dostępne akcje, które bardzo fajnie łączą swoje nazwy z czynnościami i życiem nordyckich plemion, to zobaczysz, że masz tu do czynienia z prawdziwą historią opowiedzianą planszowym eurojęzykiem.

Fabułę  dodatkowo dopełnia dołączony do gry Almanach, który jest nafaszerowany ciekawymi informacjami o historii ludów, które my ogólnie nazywamy Wikingami, a które bardzo mocno wpisały się w historię europejskich państw.

Wikingowie to przecież nie tylko okrutni piraci, ale również odkrywcy i osadnicy. Wszystkie te aspekty są pokazane w grze, a w Almanachu są dodatkowo opisane i połączone z występującymi w niej elementami i mechanikami. Mamy w niej nawet kilka przepisów na dania prosto z kuchni Wikingów, ale tytuł do czegoś przecież zobowiązuje.

W grze występuje pewien element, który fana gier Rosenberga może zaskoczyć. Jest nią losowość związana z rzutami… kością. Tak tak, dobrze czytasz, tu się rzuca kością ośmiościenną albo dwunastościenną. Nie jest to jednak takie zwykłe rzucanie i poddawanie się ślepo losowi, bo tutaj oczywiście można na wynik wpływać, a nawet te rzuty złe nie niweczą całkowicie twoich planów, ale oddalą je w czasie. Rzuty związane są z polowaniami i wyprawami, więc ta losowość ma uzasadnienie fabularne, bo pokazuje niespodzianki związane z takimi czynnościami oraz dodaje do gry aspekt przygodowy. I nie jest to jakiś mój wymysł na potrzeby tego tekstu, ale słowa samego autora, który właśnie po to zastosował mechanizmy związane z rzutami z kośćmi. Wiem, ciebie jako eurogracza, przygoda i losowość mało interesują, ale możesz być spokojny, działa to dobrze i nie będziesz miał z tym problemu, bo można się do tego przygotować.

Co??!! Tu są kości??!!

To tyle na teraz. W następnej części będzie więcej mechaniczno-akcyjnego mięsa, ale zanim skończysz to jeszcze mam dla ciebie obiecane zdjęcia i kotki. Zaczniemy od żarciku z instrukcji…

Początkowe ułożenie dla trzech graczy