Netrunner, czyli cyberkowboje na swoich konsolach

Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał…

Android: Netrunner leżał na naszej półce już ładnych kilka miesięcy. Kupiłem go od razu, jak tylko pojawiła się taka możliwość w Polsce, w ramach mojej fascynacji cyberpunkiem. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie swego czasu sztandarowa pozycja tej „subkultury”, czyli książka Neuromancer Williama Gibsona (teraz niestety trąci ona już… myszką), z którego pochodzi zresztą początkowy cytat. . Od tamtej chwili hakerzy, korporacje, cyberprzestrzeń, wypłaszczanie, lód/LOD na dobre zadomowiły się w mojej niewzmocnionej implantami (wtedy i dziś) głowie.

Chęć, posiadania i zagrania w Netrunnera była więc naturalną konsekwencją mojego zauroczenia tą wizją świata wypchanego elektroniką, w której kowboje konsoli przemierzają kwarcowe pustkowia w poszukiwaniu sławy, bogactwa, zemsty lub po prostu przyjemności płynącej z samego faktu dokonania czegoś jako ten pierwszy. Inna sprawa, że od tego Fantasy Flight Games zatrudnia specjalistów od PR, żeby nawet w tych, co po raz pierwszy usłyszeli słowo „netrunner” lub „cyberpunk” (są tacy?) za pomocą reklamowych tekstów i filmów wywołać chęć natychmiastowego posiadania ich produkcji.

Gra niestety przeleżała swoje, bo Monia niekoniecznie czuje te klimaty i tylko fakt, że jest to gra karciana, a Ona dodatkowo pała miłością do 51. Stanu przekonał ją w ogóle do myśli o zagraniu w LCG (traumatyczne wspomnienia z Warhammer: Invasion oraz instrukcji do Władcy Pierścieni wciąż siedzą w jej głowie).

W końcu jednak pojawiła się wydana przez Galaktę wersja polska, na forum i chyba wszędzie mówi się tylko o Netrunnerze więc i u nas zapadła decyzja „Gramy!”. W między czasie swoją wersję zakupił Czarek  (Cezner) i po przeczytaniu instrukcji wyszedł z propozycją zagrania „partii kontrolnej”. Tak więc, to właśnie z nim rozegrałem pierwsze cyberstarcie, a Monia była naszym sekundantem.

Do pierwszej gry wybraliśmy nie do końca to, co proponowano w instrukcji, ponieważ zmieniliśmy korporację na Haas-Bioroid (Czarek), ale pozostawiliśmy Shaperów (ja). Przy naszym stopniu ogrania (eufemizm) było i tak obojętne, ale gdzieś ktoś napisał, że to jest podobno lepsze na start. No cóż, trudno nazwać nasz debiut za wartką grę pełną dynamicznych zwrotów akcji, wspaniałych włamań do serwerów i kontrataków podpiętych do sieci korporacyjnych strażników. Bardziej wyglądało to na przechadzkę dwóch pijanych informatyków po zamglonej łące. Niby dosyć proste zasady, dosyć dobrze napisana instrukcja (choć w pewnych miejscach mogło być lepiej, ale to standard przy produktach FFG), ale w praktyce okazało się, że nie raz musieliśmy się posiłkować wsparciem dokumentacji. Wprawdzie czytałem, że pierwsze gry mogą być trudne, ale podchodziłem do tego jak do tradycyjnych „trudności pierwszych gier”, gdzie więcej jest winy grających i nieprzeczytania przez nich  instrukcji niż samej gry. Jednak niezrażeni parliśmy do przodu i dzielnie wspólnie sprawdzaliśmy się wzajemnie i dyskutowaliśmy nad konsekwencjami naszych posunięć. Bardziej chodziło nam o poznanie gry niż na wygranej.

Potem przyszła pora na wnioski (ostatecznie runner wygrał) i tutaj były zdania różne. Ogólnie gra się podobała, ale Czarek był trochę zawiedziony możliwościami korporacji: ciężko było mu schodzić z kart, a dodatkowo dobierane karty nie były tymi, na które czekał  – brakowało lodów, więc jego wizja na wygranie korporacjami została zachwiana. Ja natomiast nie miałem w sumie źle. Na początku udało mi się zdobyć fundusze na swój rozwój, przeprowadziłem rozpoznanie serwerów, więc nie waliłem w „ciemny lód” bez celu, a potem na koniec jeszcze wskoczyłem do korporacyjnego kosza i jak legendarny Kevin Mitnick wyniosłem z niego dwie Agendy/Projekty.

Netrunner to karcianka i tutaj nie ma co narzekać na losowość doboru kart, bo jak to działa każdy wie. Potwierdziło się również powtarzane stwierdzenie, że w Netrunnera trzeba zagrać kilka razy, żeby wyrobić sobie o nim zdanie. Pierwsze kilka gier to tylko zapoznanie się z zasadami. Kolejne to czas na myśli typu „mhh, ta karta dobrze sprawdzi się w takiej sytuacji, a tę mogę ztraszować, bo i tak nie będzie kasy, żeby ją wystawić… chyba, żeby najpierw się kasy dorobić tą i potem to wystawić…”, bo tutaj zaczyna się tradycyjne kombinowanie i budowanie kombosów. Potem przychodzi chęć budowania własnych decków. Poznanie kart i ich zależności poparte sprawnym wykorzystaniem zdolności frakcyjnych to klucz nie tylko do sukcesu, ale również do polubienia Netrunnera. Wprawdzie asymetryczność jest bardzo wyczuwalna, ale jest to podane w takiej formie, że każde niepowodzenie aż zachęca do wypróbowania innych możliwości. Należę do graczy, którzy cieszą się nawet z przegranej byle w czasie gry wykorzystać wszystko na 100% i zakończyć ją z poczuciem wykonania wszystkiego co było możliwe. Dlatego klęska korporacji zachęca mnie jeszcze bardziej do ponownego nią zagrania.

Co do mechaniki i jej odwzorowania tematyki, to tutaj chylę czoła. Zarówno układ kart na stole jak i ustawianie firewalli/lodów oraz atakowanie ich przez runnerów w połączeniu z grafikami, nazwami i opisami kart robi z Netrunnera jedną z bardziej klimatycznych gier w jakie grałem.

Wprawdzie tego wieczora zagraliśmy z Czarkiem tylko jedną partię (trochę nam to zajęło) to jednak oboje byliśmy zgodni, że Netrunner nie bez przyczyny uważany jest za jedną z najlepszych gier karcianych. Po długiej wymianie uwag zdecydowanie umówiliśmy się na następne granie. Czarek wyszedł, a my z Monią… graliśmy dalej. Na drugi dzień ponownie, a mi w głowie już siedzi teraz tylko Netrunner i spędzam wolne chwile na czytanie opisów dodatków (jakie możliwości!), przeglądaniu bazy kart i przekazywaniu zebranych informacji Moni, której na szczęście również podeszła mechanika, a w przyszłości jeszcze bardziej tematyka… moja już w tym głowa ;)

Zdjęcie poniżej specjalnie dla Palmera i jego Kota :)