Weekendowe rozkręcanie metabolizmu

Nie ma co ukrywać, gram mniej niż kiedyś. Jednak kiedy zdarza się okazja, zwłaszcza w połączeniu z dobrym towarzystwem i miłym klimatem domowej nasiadówki to rzucam się do gry jak spragniony do źródła i gram do granic możliwości: mojego lub towarzystwa. W ten weekend była właśnie taka okazja ponieważ odwiedziliśmy naszych przyjaciół Jolę i Wojtka, którzy, podobnie jak my, są fanami gier planszowych. Wojtka  „wc” można nawet określić jako planszowo uzależnionego, ale taka „słabość” w naszym gronie zapewne nie jest czymś rzadkim.

Lubię te wizyty, bo oprócz bardzo miło spędzonego czasu poświęconego na rozmowy, śmiech, dobre jedzonko, celebrujemy to, co każdy z nas lubi czyli… gramy! Lubię je też z powodu kolekcji gier Wojtka, ponieważ zawsze mam szansę na nadrobienie zaległości związanych z nowościami lub z planszówkową klasyką. Dlatego standardowo, wieczór przed przyjazdem przejrzałem sobie jego listę na BGG, wypisałem co mnie interesuje i po przyjeździe po wstępnej selekcji (odpadły: Waka Waka i Rattus Cartus – „lepiej zagrać w coś innego”) mieliśmy już ustalone nasze główne „menu gracza”, które miało być jak zwykle poszerzone o jakieś przystawki i desery. Jak to bywa w życiu nie wszystko smakowało tak jak wyglądało an pierwszy rzut oka i potrafiło nas zaskoczyć zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Zacznę od rozczarowań, żeby na końcu pozostał już nam tylko miły smak.

Rialto (Stefan Feld)

Jeżeli bym nie wiedział, że jest to gra Felda, to chyba bym się tego nie domyślił. Wprawdzie każdy jego tytuł jest prawie że z góry określany jako „suchar”, ale ja z konsekwencją, jako fan, staram doszukiwać się w nich jakichś powiązań mechanika-rzeczywistość-tematyka. Czasami to wychodzi, a czasami nie, ale mnie to nie zraża. Niestety w przypadku Rialto mamy do czynienia nie tylko z suchą mechaniką, ale dodatkowo z mechaniką pozbawioną polotu, do której nas przyzwyczaił autor. Nie jestem graczem, który porównuje wszystko do Cywilizacji lub Agricoli i bardzo dobrze zdaję sobie sprawę co to znaczy „grupa docelowa”, ale tutaj niestety nie doszukałem się niczego, co mógłbym polecić np. swojej rodzinie – ciężkością Rialto celuje właśnie w poziom rodziny lub nowych graczy. Żeby nie popsuć zabawy innych mężnie brałem aktywny udział grze i nie dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami, ale jednocześnie w myślach z niecierpliwością czekałem na ostatnią turę. Na końcu okazało się, że wybrana przeze mnie najmniej angażująca metoda zdobywania punktów (4 pkt za budynki niebieskie) dała mi drugie miejsce (na 4 graczy) i od zwycięzcy dzieliło mnie tylko kilka pkt… Niestety zdobywanie władzy w Wenecji w tym wydaniu Felda rozczarowało mnie strasznie.

Augustus (Paolo Mori – autor Vasco de Gama)

Przyjechaliśmy popołudniu, więc w oczekiwaniu na obiad w ramach rozgrzewki wypadało w coś zagrać. Wybór padł na tegoroczną, nominowaną do nagrody Spiel des Jahres (przypominam, że wygrało Hanabi) grę Augustus. Chciałem zobaczyć, co takiego konkursowe jury widziało w tej grze, że postanowiło ją nominować do tej prestiżowej nagrody. W sieci można było przeczytać, że jest to bingo podane w ładnej formie, ale co innego zagrać, a co innego przeczytać czyjeś odczucia. I może faktycznie jest to bingo, ale ja chcę więcej takich gier, które tłumaczy się w kilkanaście minut, gra się szybko i przyjemnie, a potem jeszcze chce się do nich wrócić. Wszystko sprowadza się do układania/zaznaczania sekwencji na naszych kartach prowincji lub senatorów na podstawie wyciągniętych z woreczka znaczników będących częścią tych układów. Czyli faktycznie „bingo”, ale na sterydach, bo dodano do tego specjalne zdolności realizowanych kart i negatywną interakcję między graczami. Teoretycznie nie ma w tym nic odkrywczego, ale stosunek dobrej zabawy do czasu rozgrywki i jej przygotowania w połączeniu z ładnym wykonaniem robi z Augustusa tytuł, który powinien być wypróbowany na każdym stole, nie tylko przed obiadem ;)

OddVille (Carlo Lavezzi)

Podobnie jak Agustus, OddVille zostało wydane tym roku po polsku przez Hobbity.pl. W grze budujemy kontrolowane przez nas dzielnice, tworzące razem jedno, wspólne miasto.  Każdy z nas posiada cztery karty postaci, które pozwalają nam pozyskać projekt dzielnicy, wybudować je lub zdobyć potrzebny na to surowiec. Nasze postacie różnią się swoimi możliwościami i czym wyżej stoi ona w miejskiej hierarchii, tym ma ona większe zdolności nabywcze lub posiada dostęp do większej ilości rodzajów surowców.  W czasie gry mamy możliwość pozyskać dodatkowe postacie (nie na stałe, są one przejściowe), które dają nam dodatkowe korzyści związane z ich przynależnością do konkretnych cechów (pieniądze, pozyskiwanie surowców, budowa dzielnic itp.). Mechanizm wykorzystywania kart nie jest niczym nowym: zagrywamy karty jak chcemy, ale żeby wróciły one nam na rękę musimy je użyć wcześniej lub zapłacić. Wystawione dzielnice dają nam zyski zarówno od razu po wystawieniu (z siebie i z dzielnic przyległych – towary, złoto), jak również na końcu gry, ponieważ odpowiednie ułożenie  dzielnic na tworzonej mapie miasta daje nam punkty zwycięstwa. Dlatego w czasie gry musimy nie tylko zdobywać nowe projekty dzielnic i dbać o pozyskiwanie materiałów do ich realizacji (walka o dobrą ich cenę), ale również układać je z głową, ponieważ tylko od ich właściwego ułożenia zależy czy na koniec gry zdobędziemy za nie upragnione punkty.

OddVille zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Ładne grafiki, sprawny mechanizm pozyskiwania poszczególnych projektów i dóbr (plansza z wirtualnymi dobrami eliminująca ilość elementów gry), a do tego dosyć krótki czas rozgrywki (30-40 minut). Kolejne gry nie nudzą się, ponieważ zarówno dochodzące losowo plany dzielnic, jak i układ tworzonego miasta za każdym razem wymaga od nas innego podejścia do gry. O długoterminowej strategii, raczej nie ma co myśleć, ale przyjemność płynąca z dynamicznej rozgrywki rekompensuje ten brak „ciężkości”.

Evolution: The Origin of Species (Dmitry Knorre, Sergey Machin)

Gra nie jest nowa, ponieważ została ona wydana w roku 2010 i jak na tamten czas była ona dosyć egzotyczna ze względu na narodowość autorów. O grach za naszej wschodniej granicy nic się wtedy nie słyszało. Teraz wygląda to już zupełnie inaczej i nawet Portal Games w tym roku wyda grę dwóch ukraińskich autorów. Samo Evolution  natomiast doczeka się wersji polskiej dzięki wydawnictwu G3. Ta niepozorna karcianka jest moim największym weekendowym zaskoczeniem jeżeli chodzi o ciekawy mechanizm, który stara się pokazać fabułę, w tym wypadku jak ewoluują  organizmy, żeby przeżyć w zmieniającym się środowisku. Co ciekawe, udało się to pokazać dzięki kilkunastu kartom, takim jak np.: drapieżnik, umiejętność pływania, większa waga, kamuflaż, symbioza, „ogonek”, pasożyt, jadowitość, padlinożerca itp. A jak to działa? Karty, które posiadamy na ręku to zarówno nasze zwierzątka (awers) jak i zdolności (rewers). Wykładamy naszego osobnika(i), a później musimy starać się dostosować się do innych gatunków żyjących w okolicy (inni gracze) i reagować np. na pojawienia się drapieżnika. W takiej sytuacji musimy albo wytworzyć u siebie kamuflaż, albo stać się zwierzęciem wodnym, albo po prostu zwiększyć swoją wagę. Wszystkie te zdolności możemy łączyć i mieszać zarówno po stronie drapieżników, jak i ich ofiar, które tak do końca nie są bezbronne, bo albo są jadowite i ich zjedzenie (o fazie jedzenia zaraz napiszę) będzie śmiertelne dla drapieżcy, albo można dołożyć drapieżcy pasożyta, który zwiększa jego zapotrzebowanie żywieniowe, albo po prostu w czasie ataku umknąć mu za pomocą „ogonka”, który zostanie w paszczy atakującego. Oczywiście możemy również stać się samemu drapieżnikiem. Co pewien czas musimy karmić nasze urocze stadko i tutaj zaczyna się problem, bo albo zabraknie nam pożywienia (zmienna, losowa liczba – tak to już było w tamtych czasach, że na stałą i pewną kolację mało kto mógł liczyć) albo sami staniemy się pożywieniem dla graczy-drapieżników. Trzeba pamiętać, że drapieżniki jedzą więcej, więc muszą zdobyć więcej pożywienia podczas tej fazy. Działa to rewelacyjnie pomimo takich prostych zasad i nawet oszczędna grafika gry dodaje jej uroku, bo kary wyglądają jak ilustracje z podręcznika do biologii. Niestety ewolucja nie rozpieszczała mojego wyhodowanego megapredatora, który po początkowej serii owocnych polowań zginął od pasożyta, którego nabył się zapewne jedząc niemyte mięso swoich ofiar. W prawdzie potem próbowałem odbudować swoją potęgę, ale niestety na końcu zostałem z marną jaszczurką, która straciwszy własny ogon, ledwo dysząc  skryła się za kamykiem pobliskiej rzeki.

Evolution to świetna gra i bardzo się cieszę, że G3 wydaje ją w wersji polskiej, ponieważ teoretycznie będzie można jej używać nie tylko do grania i rozrywki, ale może znajdzie ona też swoje miejsce na jakiejś lekcji biologii wykorzystana do pokazania ewolucji przez ambitnego nauczyciela-gracza. Boję się tylko, że w dwie osoby nie pokaże ona swojego… pazura.

Wspólny wieczór zakończyliśmy dwiema partyjkami Time’s Up! oraz Pictomanii. O tych grach nie ma już co pisać, bo chyba każdy wie, że to przysłowiowe „must have” każdej imprezowej części planszówkowych spotkań. Obie gry są rewelacyjne i ilość pozytywnej energii jakie niosą rozgrywki w oba tytuły trudno już nawet ogarnąć. W dodatku potrafią być one generatorami różnego rodzaju kultowych tekstów lub sytuacji. U nas np. do annałów przejdzie zapewne „Zdradził Jezusa! Mhhh… Jurand!” :)

Panie poszły spać, a my z Wojtkiem zakończyliśmy noc/ranek partyjką Netrunnera. Tak, ta gra wciąga nie tylko mnie. Mój uzyskany ostatnio, pierwszy sukces korporacją zaostrzył jeszcze bardziej mój cyfrowy apetyt. Z Wojtkiem niestety przegrałem.

Bora Bora (Stefan Feld)

Niedzielę rozpoczęliśmy ze względu na „dłuższą noc” trochę później, ale szybko po śniadaniu rozłożyliśmy wielkie pudło Stefana Felda – Bora Bora. Tutaj przynajmniej dostałem to wszystko co uwielbiam u Felda: mega kombinowanie, łamanie zębów na jego mechanizmach-zębatkach oraz ciągłą walkę o wykorzystanie w odpowiedni sposób tego, co zesłały mi bóstwa w postaci wyników kości oraz wyprzedzeniu przeciwników do zajęcia lepszych lokacji. Co do klimatu, powiem szczerze, że tak brakowało mi już tego feldowskiego stylu, że nawet nie starałem się szukać w grze fabuły. Inna sprawa, że nie było kiedy, ponieważ pomimo dużej ilości możliwych akcji gra przebiegała bardzo płynnie i szybko. Dodatkowo wszystko jest podane w pięknej grafice (to chyba najładniejsza gra Felda), a bardzo sprytnie przygotowane miniplansze graczy pokazują wszystkie akcje, które możemy wykonać i co najważniejsze gdzie oraz co dzięki nim zyskamy. Po pierwszej grze jestem zauroczony tym tytułem i na pewno do niego powrócę. Niestety opisanie BB nadaje się na osobny tekst, dlatego zakończmy to tylko radą „warto zagrać”.

Mały Książę: Stwórz mi planetę

Przed samym wyjazdem mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, więc na stole wylądowała ostatnio wydana w Polsce przez REBEL.pl gra Mały Książę. Jedni mówili, że fajna, drudzy że nudy. Więc z ciekawością zasiadłem do szybkiej partyjki. Gra okazała się bardzo miłą alternatywą dla innych szybkich i przyjemnych gier, granych albo pomiędzy cięższymi tytułami, albo właśnie już na koniec jakiś dłuższych posiadówek. Pewnie inaczej grają w nią dorośli, a inaczej dzieci. Dla nas była ona okazją do powtykania sobie szpil (w postaci baobabów i wulkanów) oraz podbierania róż, owieczek, lisków i innych elementów dających punkty na koniec. W dużym skrócie była to gra, przy której dobrze się bawiliśmy dzięki negatywnej interakcji, jej szybkości oraz dosyć interesującym sposobem budowy naszej planety, znaczy nie naszej, ale Małego Księcia.

Ginkgopolis (Xavier Georges – autor Tournay, Troyes, Carson City, Royal Palace)

Na koniec zostawiłem sobie przyjemność napisania kilu zdań o grze, która była dla mnie odkryciem weekendu. To właśnie Ginkgopolis zauroczyło mnie najbardziej. Wprawdzie już dwukrotnie (pierwszy raz po Essen) podchodziłem do jej zakupu, ale niestety za każdym razem cena robiła swoje. Teoretycznie wiedziałem czego mogę się spodziewać i abstrakcyjność gry opakowanej w rewelacyjną grafikę nie powinna mnie zaskoczyć, ale jednak możliwość zagrania i obcowania z jej elementami zrobiła na mnie duże wrażenia. Mechanizmy zastosowane w grze są tak sprytnie stworzone, że aż trudno uwierzyć, że wszystkie zależności poszczególnych jej elementów zostały oddane tylko za pomocą kart i w sumie kilku symboli. Będę się starał jakoś zdobyć swój własny egzemplarz i wtedy pokuszę się o jakiś większy tekst, ponieważ gra jest tego warta. Tym samym ostanie Essen pozostawiło po sobie kilka (sporo jak na Essen) tytułów w moim osobistym rankingu dobrych gier: Terra Mystica (nr 1 tamtego roku), Suburbia, a teraz Ginkgopolis.

Jak widzicie, weekend miałem bardzo emocjonujący i radośnie powitałem to uczucie, które zna każdy planszówkowicz wracający z konwentu lub grania u znajomych. To uczucie,  chcę więcej! Chcę Grać! Mam nadzieję, że rozkręciłem metabolizm gracza ponownie, a przynajmniej na dłuższy czas. Trzymajcie za mnie kciuki.