Ekspres IX: Karty, liczby, a ty musisz się ich pozbyć

Kiedyś stroniłem od gier liczbowych. Do czasu kiedy poznałem genialne „6. Bierze„. Od tamtej pory zawsze z ciekawością spoglądam na małe pudełeczka wypełnione kartami z różnego rodzaju cyferkami. Wprawdzie „Byczków” jeszcze nic nie przebiło, ale pojawił się tytuł, który z nimi mi się bardzo kojarzy i to pozytywnie – „Gra” („The Game„). Dlatego dzisiaj do Ekspresu trafiły właśnie te dwie gry.

The Game

Autor gry musiał mieć ciężki kryzys twórczy podczas wymyślania jej nazwy. Żeby nazwać grę „Grą”, to naprawdę trzeba mieć poważne problemy z weną. Kogoś za to poniosło bardzo podczas ustalania oprawy graficznej. Nie wiem czy to autor, czy też wydawnictwo umieściło złowieszcze czaszki na kartach, ale mam nadzieję, że kiedyś się dowiemy co one mają znaczyć. Ode mnie za to dowiesz się już teraz jak się gra w grę „Gra” (nie mogłem sobie tego darować) :)

Opisana w tekście gra została przekazana przez wydawnictwo Bard.

W pudełku znajdziesz 98 kart, które trzeba rozłożyć (najlepiej wszystkie) na czterech stosach. Do dyspozycji są dwa stosy, na których karty układa się od jedynki wzwyż (do 99) oraz dwa, gdzie karty układa się malejąco od 100 do 2. Myślisz sobie, cztery stosy, dużo możliwości, co w tym trudnego? Niestety są tu schody.

Na ręce będziesz miał stałą liczbę kart (zależną od liczby graczy), którą na koniec swojej tury będziesz zawsze uzupełniał o tyle kart, ile wyłożyłeś w turze, ale zawsze musi to być minimum dwie czy tego chcesz, czy nie. Dopiero gdy skończy się stos kart będziesz mógł dokładać tylko jedną kartę. Ten przymus dokładania stanie się uzasadniony, gdy poznasz zasady dokładania kart do stosu.

Nie trzeba ich układać po kolei, ale trzeba za to trzymać się zasady układania ich bez możliwości powrotu, czyli jak już raz położysz np. na stosie malejącym kartę z jakąś wartością, to nie możesz już na nim położyć karty wyższej od niej, a tylko niższą. Podobnie jest z drugim rodzajem stosu, tylko tam nie można położyć na karcie z wierzchu karty niższej.

Jest tylko jedna możliwość złamania tej zasady, w momencie kiedy posiadasz na ręku kartę, która jest o 10 wyższa (stos malejący) lub niższa (stos rosnący) od karty wierzchniej, wtedy możesz ją położyć i liczniki się zwiększą/zmniejszą. Tym samym będzie można ponownie dołożyć zapychające rękę karty.

Żeby było ciekawiej, to gra jest kooperacyjna i w czasie gry można się komunikować, tylko nie można mówić jakie dokładnie wartości kart ma się na ręku. „Zostaw ten stos”, „Opanuj się z tym dokładaniem”, „Może odpuścisz tutaj?”, to wszystko można usłyszeć podczas gry.

Gra nie jest łatwa i na swój sposób wciągająca, a irytacja z przegranej zachęca do podjęcia kolejnej próby. Nie jest to bezmyślne dokładanie kart do stosów, bo trzeba tutaj jednak trochę pomyśleć, zwłaszcza jeżeli chce się zrobić przekręcenie licznika i umożliwienie dołożenia kart wcześniejszych do określonych stosów. Kooperacja działa, ale bardziej utrudnia wygraną niż pomaga. Grając samemu (gra jest dla 1- 5 graczy) łatwiej wszystko zaplanować. W przypadku gier wieloosobowych bywa z tym różnie. Komunikacja nie zawsze ułatwia, ale jest za to zabawniej.

Grafiki na kartach mi nie przeszkadzają, ale mam wrażenie, że z mniej poważną oprawą, grze łatwiej byłoby trafić do typowych adresatów tego typu gier. Graczy rodzinnych (w tym dzieci) ciężka oprawa graficzna raczej odstraszy niż przyciągnie. Zachęcam jednak do przymknięcia tym razem oka na grafiki (tych, którym to przeszkadza) i wypróbowania walki z wypełniającymi karty liczbami i cyframi. Proste układanie kart w tym wydaniu nabiera nowego wymiaru – kooperacyjnego pasjansa, który warto poznać. A „The Game” tym właśnie jest i co ważne, pokazuje, że to działa.


6. Bierze

„The Game” mimowolnie kojarzy mi się z „6. Bierze”. Połączenie kart i liczb oraz ich dokładanie, od razu wywołuje u mnie obrazy kart z „krówkami”. To wprawdzie są bycze głowy, ale u nas przyjęło się na nie mówić krówki.

Opisana w tekście gra została przekazana przez wydawnictwo G3.

Oprawa graficzna jest tu zdecydowanie inna, ale kolorowe karty zamknięte są, podobnie jak wcześniejszy tytuł, w małym i zgrabnym pudełeczku. Tutaj nie ma wątpliwości, że to gra dla wszystkich. I tak w istocie zresztą jest. W dodatku można w nią grać w od 2 do 10 osób i z autopsji wiem, że gra się równie przyjemnie w każdym składzie, nawet w tym maksymalnym. Grę praktycznie można mieć zawsze przy sobie i wszędzie wyciągnąć. W domu, w lesie czy w lokalu można grać w „6. Bierze”, byle tylko mieć miejsce na cztery rzędy kart.

Na początku każdy z graczy dostaje po dziesięć kart, a z pozostałych wyciągamy cztery, które rozpoczną wspomniane wcześniej rzędy i zaczyna się liczbowa corrida.

Tutaj również dokładasz karty i podobnie jak wcześniej musisz się trzymać pewnych reguł. Po pierwsze, karta dokładana do rzędu, musi być większa od karty wcześniejszej w rzędzie oraz różnica pomiędzy dokładanymi kartami musi być najmniejsza. To drugie zastrzeżenie bierze się po uwagę w sytuacjach, gdy można dołożyć kartę wg. pierwszego warunku w kilku rzędach.

Myślisz sobie, kolejny pasjans, ale podobnie jak wcześniej ważne są szczegóły. Wszystko sprowadza się do sposobu dokładania kart oraz systemu punktowania, a raczej unikania tych punktów.

Na początku każdej rundy gracze wybierają po jednej karcie i wszyscy odsłaniają je jednocześnie, a dokładanie rozpoczynają od gracza z kartą o najmniejszej wartości. Pewnie już czujesz co zaczyna się dziać przy stole w chwili gdy pryskają plany kolejnych graczy, którzy nie mogą dołożyć wyłożonych kart tam gdzie chcieli, bo przeciwnicy dołożyli niższe karty. Zaczyna się lament i nerwowe czekanie na swoją kolej, bo jeżeli w dokładanym rzędzie twoja karta będzie szóstą, to wtedy bum… 6. bierze! Pięć kart ląduje przed tobą, twoja karta teraz staje się pierwszą, a ty zaczynasz przeliczać ile dostałeś ujemnych punktów. Bo tutaj punkty to nic dobrego, a symbolizujące je widoczne na kartach bycze głowy (od 2 do 7 na karcie), to bardziej „bóle” naszej głowy.

Trochę lepiej ma gracz, który musi zagrać kartę o wartości niższej niż ostatnie karty w rzędach. Może on wtedy wybrać sobie jeden z nich i te karty zabrać do siebie, a oczywiście będzie chciał zabrać te z najmniejszą liczbą punktów ujemnych.

Gra wywołuje ogromną masę emocji. Nerwowe przeliczania przed odsłonięciem kart, rozbiegany wzrok już po, a potem radość lub jęk zawodu, połączony czasem ze złorzeczeniem pod adresem sprawców rozbicia misternego planu. Aż dziw bierze, że te kilkadziesiąt kart z liczbami potrafi to wszystko wywołać, a w dodatku za każdym razem tak samo bawić.

„6. Bierze” tylko z pozoru wydaje się grą przesiąkniętą na wskroś losowością, bez możliwości zaplanowania czegokolwiek. Nie daj się temu zwieść. Bezmyślne wykładanie kart zrobi z ciebie szybko bogatego w rogaciznę ranczera. A tego nie chcesz. Tutaj warto się zastanowić, popatrzeć co masz na ręce, ułożyć chociaż tymczasowy plan na zejście z kolejnych kart i ustalić poziom ryzyka związany z wyłożeniem określonej karty. Czasem lepiej wziąć jakiś rząd i otworzyć sobie furtkę do zejścia z innych kart, niż biernie czekać na rozwój sytuacji na stole. Zresztą nazwisko autora, którym jest sam Wolfgang Kramer („El Grande”, „Tikal”), pokazuje, że nie może to być gra pozbawiona możliwości przemyślenia swoich ruchów i pokombinowania. Oczywiście to wszystko doprawione jest szczyptą losowości i dobrej zabawy, ale te elementy tylko idealnie zaostrzają jej smak i zachęcają do kolejnych dokładek  – taka wstawka kulinarna. Wiesz co, chyba nie przesadzę pisząc, że tę grę powinien mieć każdy w swojej kolekcji. Nie znasz dnia, ani godziny kiedy będziesz potrzebował gry na każdą okazję, a „6, Bierze” to właśnie taka gra.