Sylwester gracza…
Mam nadzieję, że ten Sylwester nie będzie wróżbą dla mojego planszowego hobby jeżeli chodzi o granie. Z powodu przygarnięcia przeze mnie (bez mojej zgody!) małego wirusa grypy nasz zimowy wyjazd w góry nie mógł się odbyć. Dlatego imprezę sylwestrową postanowiliśmy spędzić rodzinnie u mojej Siostry. Z racji, że została ona już (wraz z moją siostrzenicą) planszowo zainfekowana, to gry musiały się pojawić w naszym menu – o co zresztą nie musiałem walczyć, bo sama Siostra nakazała mi je przynieść.
Przygotowałem się staranie do tego zadania i po dosyć długich wyborach oraz przekładaniu gier z półek na stół i z powrotem postanowiłem, że będzie to wieczór karciany.
Rodzina dopiero się dociera w graniu, więc nie miało to być ostre tytuły. Inna sprawa, że to miał być przecież rozrywkowy Sylwester, ale pomimo tego oprócz gier lekkich i przyjemnych chciałem przemycić coś innego, bardziej wymagającego.
Takim tytułem miała być „Ostatnia Wola” („Last Will”). Pomysł na wydawanie pieniędzy, a nie na ich zarabianie, aby wygrać jest tak oryginalny, że przyciąga każdego do tej gry. Do tego dostajemy świetną i klimatyczną oprawę graficzną, która pozwala nam się łatwo wczuć w jej klimat.
Kolejne tytuły to już małe gry, które pomimo swoich niepozornych wymiarów mają spory potencjał i bardzo dobrze nadają się do luźnego rodzinnego grania.
„Osadnicy z Catanu – szybka gra karciana”. Nie jestem fanem jej dużego protoplasty, ponieważ szybko mnie ona nudzi i jakoś nie przemawia do mnie przedstawianie jej jako „idealnej do promowania gier planszowych” – są obecnie lepsze gry do wprowadzania nowych graczy. Co innego wersja karciana. Daje mi ona wszystko to, co mi się podoba w Osadnikach, a w dodatku w małej i szybkiej formie.
„6. bierze”. Klasyk przez duże „K”. Małe pudełko, 104 karty, w sumie banalne zasady, a radość z gry za każdym razem, bez względu na liczbę graczy ogromna. Frustracja i złość podana w sosie dobrej zabawy oraz pełnej śmiechu i docinków słownych rozgrywki. Nasze hasło kultowe przy przymusowym braniu kart to „Krówka robi muuuuu” ;)
„Hey Waiter!” – pisałem o niej swego czasu na Gamesfanatic. Zobaczyłem ją na internetowej prezentacji podczas targów w Essen 2010 i od razu poprosiłem przyjaciół, którzy byli na miejscu o jej kupno. Gra urzekła mnie swoim pomysłem na tworzenie akcji oraz kulinarnym klimatem. Szybka i przyjemna gra, która pozwala na robienie psikusów innym graczom. W Polsce raczej nieznana, a szkoda.
„Piraci: Karaibska Flota” – genialna konwersja Boomtown. Chylę czoło przed Jarkiem Basałygą i wydawnictwem Egmont za ten pomysł. Gra jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i zawsze mile wspominam każde granie lub tłumaczenie jej innym. Sposób na licytację, a głównie na realizację jej elementu finansowego zawsze robi dobre wrażenia na graczach, którzy nie znają jeszcze tego tytułu. Znam osoby, które już po pierwszym kontakcie z grami dzięki Piratom od razu sobie ich zakupiły.
Razzia! – karciana wersja gry Ra w dodatku w zupełnie innym klimacie – nie mamy już starożytnego Egiptu, ale dostajemy za to klimat wyciągnięty z filmów gangsterskich. Niby prosta mechanika opartej na licytacji, ale po zagraniu widać jak wielkim autorem jest Knizia, który z kilku reguł potrafi stworzyć gry genialne.
Hanabi – oczywiście nie mogło zabraknąć mojej ostatniej planszówkowej fascynacji.
Do tego zestawu dodałem jeszcze hit każdej imprezy dla graczy, czyli Pictomanię. Już w czasie grania na Pionku w jej wersję testową wiedziałem, że muszę ją mieć. Zresztą chyba każdy, kto zagra w Pictomanię ma później podobne myśli. Cenią ją nawet ludzie, którzy nie lubią za bardzo gier imprezowych, tzw. popularnych party games.
Gry zostały wybrane i zapowiadał się ciekawy wieczór. Oczywiście nie miałem złudzeń, że zagramy we wszystko, ale i tak byłem ucieszony wizją wspólnego grania.
Przypomniałem sobie instrukcje, spakowałem gry – wyszła z tego całkiem pokaźna torba, do drugiej ręki wziąłem torbę z elementami niezbędnymi na imprezę sylwestrową i udaliśmy się do mojej Sis.
Na początku miało być gotowanie naszego kulinarnego menu, a potem miał wkroczyć na stół jadłospis planszowy.
No cóż, gotowało nam się bardzo dobrze. Były rozmowy o wszystkim i o niczym, były śmiechy i wygłupy, było wesoło i imprezowo. Były też „ustawki” na wybrane tytuły i ogólnie rozmowy o grach, które miały być zagrane „już zaraz”, „jak tylko to skończę”… Pewnie już wiecie jak to się skończyło?
Oczywiście w nic nie zagraliśmy! Miał być sylwester z grami planszowymi na żywo, a wyszła impreza z grami planszowymi w teorii, ale za to bardzo sympatyczna i warta powtórzenia. Czyż gry planszowe nie są piękne?! :)
Pomimo wszystko w Nowym Roku życzę Wam jednak jak najwięcej tradycyjnego spędzania czasu z grami planszowymi, a przede wszystkim właśnie „czasu” na to. Dodatkowo radości z grania i poznawania nowych tytułów oraz uśmiechu, bez którego trudno iść przez życie :)


