Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Nic na siłę. Wywiad z Pawłem „Pablo” Kurnatowskim

Chyba większość osób związanych z naszym hobby kojarzy Pawła Kurnatowskiego. W zasadzie od kiedy nastał bum na konwenty planszówkowe Pablo jest z nimi kojarzony. Zawsze uśmiechnięty, sympatyczny, skory do rozmowy. Osoba, która zapada w pamięć. Od jakiegoś czasu nagrywa swoje własne podcasty i transmisje na żywo. Z „Pablo gra” przeistoczył się w „Pablo gada”, a teraz postanowił poprowadzić swój własny… instytut. Jakie były początki, co go interesuje, co rozwija, do czego dąży? Chciałem się tego dowiedzieć, a poniżej znajduje się tego efekt. Czy każdy na pewno zna Pablo?

#REBEL

To od kiedy Pablo tak naprawdę gra i kiedy poznał nowoczesne planszówki?

Paweł Kurnatowski: Za czasów rozpoczęcia pracy w Rebelu gry planszowe były pewną częścią i to, powiedziałbym, nawet mniejszą częścią “większego hobby”. Książki, RPG, gry karciane to było bardziej popularne i cieszyło się popularnością niż te “nowoczesne gry planszowe”, dlaczego? Bo gier jeszcze aż tak dużo nie było. Był „Warcraft”, „Carcassonne”, „Prawo Dżunli” ale za to mieliśmy świetnie rozwiniętą Neuroshima RPG, strefę MTG. I w tym byłem mocno pochłonięty. W RPG grałem od 15. roku życia, spędzaliśmy każdy dzień wakacji by grać w „Warhammera” I ed. potem pojawił się „CyberPunk 2020” etc. Kolejno wszedł MTG, który pochłonął wiele lat i wiele pieniędzy;). W same gry zacząłem grać już zaczynając pracę w firmie Rebel, bo był firmowy games room i można było po pracy w coś zagrać.

Zakładam więc, że gry planszowe są Twoim hobby?

P. K.: Na początku tak, potem przez pracę zaczęło się to zmieniać, bo tłumaczenie po raz 600 „Dobbli” czy „Dixita” robi swoje. Z każdym eventem, spotkaniem, tłumaczeniem zasad przechodziło mi tak po kawałeczku, w pewnym momencie zauważyłem, że częściej tłumaczę grę i promuję to hobby niż gram i że to sprawia mi bardzo dużą przyjemność. Zacząłem czerpać przyjemność z tłumaczenia gier bardziej niż z samego grania. Ale teraz już powoli wracam do gry przy stole, fakt, że już inaczej do tego podchodzę niż kiedyś. Teraz liczy się dobra zabawa a nie wygrana i liczba punktów na końcu rozgrywki.

Do tej pory wymieniłeś w zasadzie tylko lżejsze, rodzinne, imprezowe tytuły gier. Wolisz takie gry i raczej nie siadasz np. do ciężkich gier ekonomicznych?

K.: Oj, lubię cięższe gry, tylko już nie w stylu “siedzę i maksuję punkty” tylko dobrze się bawię. To dziwne, wiem i nie każdemu to odpowiada, ale mam kilku znajomych, którzy lubią ze mną grać.

Pablo, ciężko mi sobie wyobrazić, że możesz kogoś do siebie zrazić. Ciekaw jestem, czy ten Twój pozytywny obraz pomógł Ci w zdobyciu pracy w  Rebelu. Odbyło się to na zasadzie „szukałem pracy i się trafiło”, czy też bardziej „muszę tam pracować”?

K.: To jest zabawna historia. Znałem człowieka, który pracował tam na magazynie, mieszkaliśmy obok siebie. On był perkusistą i ja także, czasem mijaliśmy w drzwiach autobusu, ja…

Czekaj, czekaj! Jesteś perkusistą? Tej Twojej strony nie znam, a pewnie i nie tylko ja. Wciąż grasz?

K.: Od kilku lat niestety nie, właśnie ilość pracy i wyjazdów spowodowała, że granie zeszło na drugi potem trzeci plan. Około 2 lata temu sprzedałem mój zestaw, choć pewien czas stał w sali konferencyjnej w firmie i po pracy zasiadałem by troszkę pograć…

 

„Rebel. Pozwalamy realizować Twoje pasje”. Tak się powinni reklamować. OK, już nie przerywam. Wróćmy do początków pracy w Rebelu. Mijaliście się w autobusie…

K.: Tak, ja wychodziłem z niego a on akurat wchodził, szybkie “cześć, co tam u Ciebie?” i pewnego razu powiedział, że zaczyna pracę w Rebelu na magazynie  (ja w tym czasie także zacząłem nową pracę). Pogratulowaliśmy sobie i poszliśmy w swoją stronę.
Po 7 miesiącach. Znów ta sama sytuacja: mijamy się w autobusie: ja wysiadam, a on wsiada, szybkie “cześć, co u Ciebie? Mówię: chcę zmienić pracę…a on na to, że awansuje i szukają kogoś na magazyn. Od słowa do słowa i na drugi dzień poszedłem na spotkanie o pracę.

Naszym życiem rządzą podobno przypadki i tutaj mamy dowód na potwierdzenie tej teorii. Jakie były Twoje początki kariery w Rebelu? Od razu były konwenty?

K.: Zaczynałem od magazynu, były to czasy gdzie wystarczyła jedna osoba do pakowania paczek. Mieliśmy stary komputer do puszczania muzyki, ławkę szkolną na której pakowaliśmy paczki i dużo taśmy i folii bąbelkowej. Potem, po kilku latach padł pomysł by znów zacząć jeździć na eventy i zgłosiłem się, że chętnie pojadę.

Czyli Twoja kariera to od magazyniera do event managera?

K.: Tak, pierwsze kilka lat pracowałem na magazynie, pakowanie paczek, przyjmowanie dostaw etc. Potem przez około 2 lata jeździłem na imprezy, ale dalej moim głównym zadaniem była praca na magazynie. W tygodniu pakowanie paczek, a w weekend w Polskę na konwent by promować gry! Bardzo fajnie wspominam te czasy, dużo się wtedy nauczyłem, to były czasy gdzie Pyrkon miał 4-5 tys. ludzi. Po tych 2 latach przeszedłem oficjalnie na stanowisko event managera.

Jak wspominasz swój pierwszy konwent i sam kontakt z dużą grupą osób, która wymaga od Ciebie uwagi, wiedzy i zaangażowania?

K.: Pamiętam go jakby to było wczoraj. Był to Pyrkon, ostatni w szkole. Nikogo nie znałem i nigdy nie byłem na konwencie. Przyjechaliśmy z Barbarą “Maskotą” Karlik, która grała koncert na Harfie. Ona znała wszystkich, witała się z każdym, a ja stałem obok, cicho. To ona rzuciła w firmie (pracowała w tym czasie w rebelowym sklepie), że może by warto pojechać na Pyrkon? Ja zgłosiłem się do pomocy, a że miałem troszkę doświadczenia w handlu to pasowałem idealnie. Pyrkon mnie zjadł wtedy. Po tej imprezie nie byłem już sobą. Urodził się Pablo miłośnik konwentów! Ten klimat, ci ludzie… 3 dni pełne zabawy, przygód. Do dziś mam kontakt z kilkoma osobami, które poznałem na tej imprezie i mogę nazwać ich moimi przyjaciółmi.

Czyli do tego czasu nie znałeś tej części siebie? To nie jest coś, co łatwo w sobie ukryć.

K.: Na północy nie było dużo takich imprez, więc nie miałem okazji pojawić się wcześniej na takiego typu evencie. Ja zawsze lubiłem kontakt z ludźmi, w wolnych chwilach w magazynie siedziałem na sklepie i gadałem z klientami: sprzedawca sprzedawał, a potem ja zagadywałem “ooooo, co tam kupiłeś?” i tak z 30 minut luźnej rozmowy.

Podczas konwentów nie byłeś typowym „panem zza lady”, ale postawiłeś na bezpośredni kontakt z graczami. Chyba mogę powiedzieć, że byłeś swego rodzaju wodzirejem. To był Twój pomysł czy szefostwa?

K.: Czy mogę powiedzieć, że to był pomysł? To samo z siebie wyszło. Ja mam taki, a nie inny charakter, tak jak powiedziałem, lubię kontakt z ludźmi, rozmowę twarzą w twarz, pogadać, zagadać, spytać się co u ciebie?, sprawia mi to przyjemność. Pierwsze konwenty były tak zorganizowane, że czasami trzeba było pilnować stoiska całą noc, uwielbiałem te chwile (choć kolejny dzień dawał w kość), bo po korytarzach szwendają się różni ludzie, z którymi często przegadywałem godziny np. o RPG czy właśnie o grach. Szefostwo nawet nie wiedziało co tam w sumie się dzieje. Wracałem z konwentu, rozliczałem go, opowiadałem, że impreza się udała i warto pojechać za rok i braliśmy się do codziennych obowiązków.

A kto wpadł na pomysł przebierania się? Chyba każdy kto widział Cię na żywo, zapamięta Cię jako króliczka („Dixit”) czy kowboja („Colt Express”).

K.: Pomysłodawcą był Artur “Nataniel” Jedliński, on bardzo często jeździł na imprezy ze mną, bo też je po prostu lubi. Pewnego razu jak mieliśmy premierę gry Mały Książę rzucił pomysłem byśmy się przebrali za głównego bohatera. Obydwaj prawie 2 metry wzrostu, ciemne włosy, ja mam jeszcze brodę… Brzmi idealnie, prawda? I tak pojechaliśmy do 2-3 wypożyczalni, znaleźliśmy najbardziej pasujące ciuchy i poszło. Potem był „Dixit” i króliczki, „Colt Express” i „Szeryf z Nothingham”.

Pamiętam jak kiedyś, bardzo dawno temu Marek z wydawnictwa Hobbity.eu przebrał się podczas promocji gry „Vasco da Gama”, ale potem tego już nie spotykało się w naszej branży. A szkoda, bo to jest coś innego, a tego przecież w reklamie produktu każdy szuka. Wam się udało. Lubisz takie niekonwencjonalne myślenie?

K.: Ja zawsze starałem się zrobić coś nowego, coś czego jeszcze nie było, często na spotkaniach powtarzałem “jak masz dziwny pomysł to go powiedz, lubię dziwne nieszablonowe akcje”.
Kiedyś na jedną z loterii chciałem wjechać konno, idealnie by to pasowało do Szeryfa, którego w tym czasie reklamowaliśmy. Był to Pyrkon z tego co pamiętam, jak powiedziałem to organizatorom to nawet się mocno nie zdziwili, bo wiedzieli, że mam takie pomysły. Niestety nie udało się na czas znaleźć stadniny, która by użyczyła nam konia.

Tak, to by na pewno przeszło do kanonu form promocji planszówek. Aż  tak trudno przykuć uwagę osób odwiedzających tego typu imprezy, że pojawia się myśl o żywym koniu? Czy „zarządzania” tego typu grupami można się nauczyć, ale czy tak naprawdę trzeba mieć w sobie to „coś”?

K.: Mi to przychodziło dość łatwo, bo na konwentach czułem się jak ryba w wodzie. Oczywiście, że doświadczenie tu gra dużą rolę ale mi to przychodziło dość naturalnie i samo wyszło. Nie miałem planu na np. zrobię loterię, która za 3 lata będzie wyglądać tak i tak. To z konwentu na konwent samo ewoluowało, po imprezie siadałem myślałem co było fajne co nie, co trzeba poprawić, potem zastanawiałem się nad kolejnym eventem i co tam można fajnego zrobić by było jeszcze lepsze niż ostatnio. Plan był taki by ciągle robić coś fajniejszego niż poprzednio, by nie wpaść w stagnację.

Czy do wszystkiego tak podchodzisz, wszystko musi być zaplanowane?

K.: W tamtych czasach brałem wszystko na wyczucie, analizowałem wszystkie za i przeciw i działałem w stronę, którą uważałem za najlepszą. Nie używałem narzędzi czy statystyk, nie było to potrzebne w tamtych czasach. Teraz troszkę inaczej podchodzę do tego, bo i skala jest większa. Kiedyś event na 500 osób, teraz na 10 000.

Wszystko wydawało się dobrze układać i nikt nie spodziewał się takich informacji, które nam pewnego dnia zaserwowałeś.  Kiedy poczułeś, że coś trzeba zmienić? Decyzja o odejściu z Rebela, była dla większości środowiska szokiem. Wypaliłeś się, czy po prostu czasami potrzebujesz zmian?

K.: Jestem człowiekiem, który lubi się rozwijać, z roku na rok branża rosła, eventy rosły więc i ja miałem miejsce by robić fajniejsze, większe rzeczy. Na pierwszym evencie, na którym byłem mieliśmy 2 ławki i jeden regał. Ostatni, który organizowałem to 7 stref i około 300 m2.
Decyzja o pójściu dalej kiełkowała we mnie ponad rok. Zawsze po zakończonym sezonie zastanawiałem się co mogę jeszcze zrobić by te eventy były jeszcze lepsze. I tak z roku na rok czułem, że moja praca powoli się kończy, zadanie, które sobie postawiłem powoli już jest kompletne i trzeba iść dalej, trzeba znaleźć sobie kolejny cel i go realizować.

Nie brakuje Ci tego?

K.: Konwentów? Nie, bo dalej na nie w sumie jeżdżę. Może mniej (to celowe, bo mam syna którego chcę jednak widywać i już troszkę więcej lat na karku niż 7 lat temu) ale dalej zostałem w branży: pracuje teraz np. z Bardem, Treflem, Granną, Goliathem. Ale to około 20% mojego czasu, resztę chcę poświęcić na coś całkowicie innego, coś czego w sumie nie ma jeszcze mocno rozwiniętego w Polsce, a uważam, że warto w to pójść. Ten pomysł pojawił się kilka lat temu w mojej głowie i w końcu mogę poświęcić na niego tyle czasu, by mógł ujrzeć światło dzienne.

Spokojnie, do tego jeszcze dojdziemy. Jak wspominasz tamten okres spędzony w Rebelu? To było cenne doświadczenie?

K.: Dla mnie najważniejsze w życiu to coś po sobie zostawić pozytywnego na świecie. Ja mam tę przyjemność, że trafiłem na świetne hobby, które rozwija w genialny sposób i fakt, że mogłem pokazać tylu ludziom fajność gier dawała mi mnóstwo energii do działania. Bardzo często zdarzało się tak, że ktoś przychodził do mnie i mówił: rok temu polecił mi Pan ten tytuł, okazał się strzałem w dziesiątkę! Od tego czasu kupiliśmy już kilkanaście gier i przyszedłem Panu podziękować! Trzeba też przyznać, że ludzie którzy pracują w firmie Rebel są genialni, możliwość pracy z nimi to było bardzo duże doświadczenie i za to im dziękuję z całego serca.

#PODCAST

I tak dochodzimy do kolejnego etapu Twojego życia. Chociaż pierwsze nagrania na żywo zaczęły powstawać już podczas pracy w Rebelu. Większość osób dojeżdżająca do pracy myśli o kawie, a Tobie chciało się gadać?

K.: Lubię gadać, zawsze sprawiało mi to przyjemność. Pomysł zrodził się z czasem, dostawałem np. pytania od ludzi, których poznawałem na Targach: Pan tak świetnie opowiada o grach można gdzieś Pana znaleźć w Internecie? Albo: Pablo, Ty jeździsz po tych imprezach pokazuj to ludziom, bo to coś fajnego! I tak powstał pomysł by założyć fanpage.  Problemem był fakt, że troszkę to kolidowało z moim wizerunkiem, który stworzyłem dla firmy Rebel więc nie rozwijałem go. Jednym z moich mott życiowych jest: Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Nic na siłę. Tak było np. z koszulami, które teraz uwielbiam i nie wyobrażam sobie by nosić coś innego, tak było z pewnymi tytułami gier, do których jeszcze 5 lat temu bym nie usiadł, a dziś sprawiają mi ogromną przyjemność. Tak samo było z moim fanpage. Mogę Ci zdradzić tylko, że to nie jest jeszcze końcowa forma, mam kolejne przemyślenia co zmienić by było bardziej „moje”.

Z koszulami mam tak samo i wiem, że to może być uzależniające. Co właściwie spowodowało, że zacząłeś robić takie transmisje? Ciekawość?

K.: Staram się szukać różnych rozwiązań, próbowałem założyć bloga, okazało się, że to jednak nie dla mnie. Próbowałem kręcić materiały wideo, tak samo czułem po pewnym czasie, że to nie będę „ja”, w końcu przypadkiem zrobiłem swój pierwszy live jadąc na Copernicon, bo miałem około 2 godziny drogi samemu w samochodzie to doszedłem do wniosku, że będzie mi milej jak będę miał z kim pogadać.

Byłeś zestresowany? Ćwiczyłeś coś, czy też pewnego dnia powiedziałeś sobie „OK, to może nagram coś na żywo” i włączyłeś transmisję?

K.: To drugie <śmiech>. Jak wspomniałem, jechałem na Copernicon, z Gdańska do Torunia to około 2 godziny drogi, jak wsiadałem do samochodu, zobaczyłem, że mam baterię naładowaną, pomyślałem: dobra odpalę live, droga szybciej minie. Czy był stres? Nie, bo o tym nie myślałem w ten sposób, że robię relację, że ktoś będzie oglądać i muszę się dobrze zaprezentować. Bardziej to miało być spotkanie ze znajomymi (a mam ich w całej Polsce przez pracę jaką wykonywałem) i pogadamy sobie co tam u nas ciekawego.

Rozmowa do „pustej sali audytoryjnej” jest trudna i nie każdy dobrze się w tym czuje. U Ciebie od razu był widoczny swego rodzaju luz i kontakt z drugą stroną Internetu. To przyszło naturalnie?

K.: Bardzo dobre pytanie. Ja zauważyłem, że bardzo dobrze mi się rozmawia jak jestem sam w pokoju przed komputerem, mogę się skupić na tym co mówię, na tym z kim rozmawiam. Nikt mi nie przeszkadza, czuję się jak bym się zanurzał, miał stan immersji. W takiego typu przekazie  człowiek nie ma odzewu z drugiej strony, przy normalnej rozmowie co chwilę coś rozprasza, a to ktoś mógł krzywo spojrzeć, a to ktoś przeszkodził lub czuć, że nie jest zainteresowany. W przypadku transmisji na żywo siedzimy sobie wygodnie przed swoim komputerem, jest się w znanym i lubianym przez siebie środowisku, a nawet jak ktoś nie jest zainteresowany tematem spotkania to wyłączy live, a mi na ekranie ew. zmieni się liczba w lewym górnym rogu na o jedną mniejsza, ale to nie rozprasza mnie z rozmowy. Ten stan pozwala mi na pewnego rodzaju połączenie z drugą osobą, jest dość prywatnie i przyznam, że lubię ten stan.

Podczas nagrywania jesteś przeważnie sam, a czy interesuje Cię liczba osób, która ogląda Twoje transmisje? Mała liczba widzów jest czymś dla Ciebie dołującym?

K.: Interesuje mnie jakość, zawsze powtarzam, że chciałbym stworzyć na moich spotkaniach na żywo społeczność, która się zna i np. rozmawia na chacie między sobą nawet na inny temat niż ja mówię (to mój cel!). Już wspominałem, że chcę zostawić coś fajnego po sobie na świecie także i w tym aspekcie chcę, by ludzie mieli możliwość np. się poznać a nuż coś pozytywnego z tego wyjdzie. Wolałbym by było np. cyklicznie 50 osób niż tysiące.

Często to powtarzasz „chciałbym coś po sobie pozostawić”. Czy to jakieś wewnętrzne poczucie przemijania?

K.: Aż tak bym do tego nie podchodził. Uważam, że jak coś człowiek robi to fajnie jakby coś pozytywnego po tym zostało. Taka prosta definicja mojego podejścia do życia.

Nie sądzę, żeby to było takie proste jak mówisz, ale na pewno warto się tym w życiu kierować. A czym kierowałeś się dobierając tematykę rozmów? Wcześniej coś sobie planowałeś, zapisywałeś, czy też działo się to na zasadzie improwizacji?

K.: Tu bywało różnie: jako, że mówiłem od początku, że to jest faza przejściowa i traktuję to jako eksperyment to testowałem różne podejścia. Czasem szedłem na żywioł i temat wymyślałem na 3 minuty przed rozpoczęciem spotkania, czasem miałem temat przygotowany wcześniej albo np. został przysłany przez widza. Starałem się temat live’ów zgłębić z każdej strony, spróbować różnych wersji.

I tak z „Pablo gra” stałeś się „Pablo Gada”. Kiedy poczułeś, że podcasty są właśnie tym, co Cię teraz najbardziej interesuje i trzeba to w końcu zamknąć w jakiś schemat i nazwać.

K.: Poczułem, że gry planszowe to nie jest jedyne moje hobby, nie jestem aż takim maniakiem, który poświęca każdą chwilę na gry, mam też inne zainteresowania i czułem, że mając w nazwie „gra” blokuje się z pewnymi tematami lub po prostu będę okłamywać widzów, którzy przyjdą posłuchać o grach a ja będę rozmawiać np. na temat filozofii. Była to swego rodzaju ewolucja, ale jak już wspomniałem nie jest to jeszcze ostateczna forma, mam już w głowie pomysł, który kiełkuje coraz mocniej i pewnie niedługo znów zajdą zmiany.

Lubisz tego typu ewolucje lub rewolucje w swoim życiu? A może sam je prowokujesz?

K.: Lubię, bo czuję, że człowiek się zmienia. Czas leci i stojąc w miejscu można powiedzieć, że się cofamy. Trzeba się rozwijać, ja staram się do tego podchodzić świadomie, mieć rękę na pulsie, by nie zostać w tyle.

 

Ile czasu poświęcałeś na przygotowanie programu? Robiłeś sobie jakieś ramówki, rozpisywałeś kolejne spotkania z widzami?

K.: Na początku tak, bo takie miałem założenie potem wybrałem wariant improwizacji, by sprawdzić czy ten sposób nie będzie dla mniej fajniejszy. Dla mnie najważniejsze to być sobą i robić to co się lubi, nie chcę tworzyć czegoś z czego nie będę czerpać przyjemności, po co się męczyć? To jest moje hobby, więc byłoby nielogiczne robić coś wbrew swojej woli.

Lubię ten Twój zwyczaj – wymóg przywitania się osób biorących udział w transmisji. To taki w sumie mały i zrozumiały gest, ale w Internecie czasami właśnie brakuje tego typu zwykłych gestów. To miłe i wprowadza przyjemny nastrój. Ale głównym tego powodem jesteś Ty i to że w zasadzie cały czas się uśmiechasz. Nagrywasz programy w każdym nastroju, czy tylko wtedy, gdy jesteś wesoły?

K.: Są live o konkretnej tematyce np. nowe trendy w marketingu, które oglądam i nie czuję więzi z prowadzącym, założeniem tego jest przekazanie wiedzy i po to to oglądam. W moim wypadku jest inaczej, chcę by każdy czuł się miło, to tak jak byśmy mieli spotkanie ze znajomymi wieczorem przy drinku, spotykamy się i rozmawiamy. Ja jestem tym co wszystkich zaprosił, przygotował miejsce, szklanki, paluszki na stole ale nie jestem „panem i władcą”, który mówi co mamy robić, chcę by to żyło własnym życiem i każdy kto przychodzi do nas czuł, że jest ważną częścią tego spotkania. Dlatego nie ukrywam, że mam gorszy humor, albo jestem mało wyspany. Na różnych filmach na Youtubie każdy z prowadzących to wulkan energii, dla mnie to jest sztuczne, a jak wspomniałem chcę by u mnie było inaczej ;). Nie chcę oszukiwać ludzi, z którymi rozmawiam, mówić „jest super!” kiedy naprawdę tak nie jest.

To taka odpowiedź, pomysł na odczłowieczony Internet?

K.: Bardziej pomysł na połączenie znajomych z dalekich części Świata, bo nikt jeszcze nie wymyślił teleportu, by móc wpaść do np. Krakowa na kawę (a szkoda <śmiech>).

#TERAŹNIEJSZOŚĆ/ PRZYSZŁOŚĆ

Ty chyba nie lubisz marnować czasu. Kiedyś podczas któregoś z nagrań powiedziałeś, że nie oglądasz seriali? W dzisiejszych czasach to raczej nie jest często spotykane. Dalej od nich stronisz?

K.: Zdarzy mi się, ale niezbyt często. Uważam to za stratę czasu, można odpocząć w inny przyjemniejszy sposób. Lubię odpoczywać aktywnie np. spacer, a że mam jeszcze psa to tym bardziej pasuje mi taki sposób odpoczynku.

Wiem, że masz rację, ale ja nie potrafię sobie tego odmówić, ale nawet mocno z tym nie walczę. Ty jak mówisz, nie masz tego problemu i czasu nie marnujesz, ale z drugiej strony wiem, że przez ostatni czas dużo odpoczywałeś. Czy potrzebowałeś tego żeby fizycznie naładować baterie i odpocząć, czy też przemyśleć swoje kolejne kroki w życiu?

K.: Odpoczywałem tak naprawdę grudzień i styczeń, choć i tak myśli krążyły dookoła pracy i chciałem już zacząć działać, ale powiedziałem sobie, że potrzebuję kilka dni wolnych by móc zresetować głowę: tyle lat pracy w jednej firmie jednak robi swoje. Chciałem wyciszyć myśli by móc wejść na świeżo w  nowy projekt. Od lutego zacząłem działać i pracuję cały czas. Tej pracy nie było widać, setki spotkań, rozmów, prób ustalenia pewnego toru, którym chcę iść, to pochłania dużo czasu, nie mówię nawet o takich przyziemnych rzeczach jak znalezienie pasującego lokacyjnie biura, by móc zawozić z rana syna do teściowej .

A projektem, o którym mówisz jest jak sądzę pomysł na „Instytut Gier i Zabaw”? Przy okazji – świetna nazwa. Poważna, ale z podtekstem, który ją właściwie charakteryzuje.

K.: Dokładnie. Odchodząc z firmy Rebel miałem już pomysł na firmę i jej ogólny zarys, odpoczynek był po to, by móc zebrać siły i myśli i wejść z nową energią w nowy projekt. Nazwa została wymyślona wspólnie z osobami, które mi pomagają i z którymi współpracuję, pomysłodawcą głównym była moja żona, która podsunęła pomysł na Instytut a Sławek Wiechowski zaproponowałby nie zamykać się tylko w grach i dodać na końcu słowo Zabawy.

Czym właściwie jest „Instytut Gier i Zabaw”?

K.: IGIZ to pomysł na połączenie trzech rzeczy: szkoleń, gier miejskich oraz imprez. Łącznikiem wspólnym są ogólnie gry planszowe czy dobra zabawa. Chcemy szkolić nauczycieli jak np. korzystać z gier planszowych w edukacji, organizować czy współorganizować spotkania z grami planszowymi, tworzyć games roomy na różnych eventach czy gry miejskie.

Często słyszymy, że gdzieś jest organizowana jakaś gra miejska, ale czym właściwie ona jest? Tego typu imprezy mają określone zasady, reguły, czy jest tu miejsce na własne pomysły i elementy charakterystyczne dla danego organizatora?

K.: Oczywiście, że są! Grę trzeba napisać, stworzyć. Dostaje się temat i miejsce gdzie ona ma się odbywać i reszta zależy od twórców/organizatora. My chcemy trafić swoim pomysłem do szkół. Wyobraź sobie, że uczeń w trakcie przerwy która trwa 10 minut może za pomocą telefonu przeżyć fajną przygodę. Podchodzi do ściany na której jest kod QR i wystarczy, że go zeskanuje i gra się zaczyna. Może wcielić się w założyciela szkoły, a może być detektywem który próbuje odkryć co się stało 100 lat temu w tym budynku, możliwości są nieograniczone, skanujesz jeden kod po rozwiązaniu zagadki lub wyborze drogi kieruje Cię do innego miejsca gdzie znajduje się inny kod QR etc. Taka gra jest dostępna dla każdego ucznia przez cały czas: wystarczy ściągnąć aplikację i można już grać!

To jest do tego specjalna aplikacja? Jakaś ogólna do oprogramowania/dostosowania do każdej gry. Czy też trzeba zamówić specjalną do każdej gry miejskiej?

K.: Są aplikacje dostępne, ale każda z nich ma jakieś wady, które nam przeszkadzają dlatego chcemy zacząć w przyszłym roku pracę nad własną, by mieć odpowiednio uszytą pod nasze potrzeby.

Uwaga czytelniku, programiści poszukiwani! Czy masz jakieś doświadczenie w grach miejskich, czy na razie to tylko pomysł? To chyba duże przedsięwzięcie organizacyjne?

K.: Mam doświadczenie w organizacji takich gier. Sam nie zajmuje się ich tworzeniem/pisaniem scenariuszy, wolę współpracować z doświadczonymi ludźmi w tej kwestii. Organizowałem kilka fajnych projektów, kilka w Polsce jak i zagranicą, głównym klientem były firmy, które chciały w fajny sposób zintegrować swoich pracowników.

Przy okazji organizacji i ogólnie pracy. Pracujesz sam, czy szukasz ludzi do pomocy? Do tej pory w zasadzie był tylko Pablo, ale teraz przy nowej firmie, to jedna osoba może nie wystarczyć?

K.: Nie da się pracować samemu przy takim projekcie. Poprzez moją pracę poznałem wspaniałych ludzi z wielkim doświadczeniem i chcę z nimi współpracować, ostatnie kilka miesięcy zajęło mi namawianie ich na współpracę, co nie było łatwe, bo każdy jest już dość mocno zapracowany. Mogę powiedzieć, że w chwili obecnej IGiZ w mniejszym, bądź większym stopniu to 10 osób i pojawiają się kolejni.

Ciężko znaleźć ludzi, którzy „nadają na tej samej fali” i mają podobny sposób patrzenia na świat? A może nie przejmujesz się tym i po prostu każesz mi robić to co wymyśliłeś?

K.: Świat jest tak skonstruowany, że potrzeba patrzeć na niego z różnych perspektyw. Dlatego staram się angażować ludzi z różnych branż i z różnym doświadczeniem życiowym, by móc stworzyć coś wyjątkowego. Każdy w pewnym stopniu jest specjalistą w swojej dziedzinie. np. Paulina Milewska ma ogromne doświadczenie związane z bibliotekami, Sławek Wiechowski ze szkołami i organizowaniem spotkań z grami dla dzieci. Ja nie mam zamiaru z nimi tu konkurować i mówić im jak mają pracować.

Zakładam, że przy organizacji imprez lub szkoleń nie odwracasz się od gier planszowych, czy też ogólnie od gier i stosujesz  zasady grywalizacji?

K.: Wiem, że naszym dużym plusem nad konkurencją jest znajomość gier planszowych, staramy się jak najbardziej wykorzystać wiedzę, którą zdobyliśmy przez te lata. Promowanie gier jest dalej moim hobby i staram się mocno zaakcentować ten fakt także w firmie. Nasze szkolenia mają bazować na grach i ogólnopojętej grywalizacji.

Wydawnictwa planszówkowe są zainteresowane wykorzystaniem ich produktów w organizowanych przez Ciebie imprezach?

K.: Oczywiście! Działam już z Bardem, Granną, Egmontem, Goliathem. Dla nich to reklama  produktów, która prawie nic nie kosztuje, a w planach, jak będzie zainteresowanie, jest współpraca także z kolejnymi.

Czy na takich imprezach, których uczestnicy to nie tylko osoby (nie chodzi mi o dzieci), które znalazły się na niej z powodu hobby, łatwo wprowadza się gry planszowe w celu pobudzenia ich do działania, czy też np. budowy więzi?

K.: Na chwilę obecną rzadko są problemy. Dlaczego? Różnorodność gier oraz doświadczenie pomaga w tym. Jest już tyle różnych tytułów, że jest w czym wybierać, biorę kilka zapasowych gier, bo bywa czasem tak, że  np. komuś tematyka budowania zamków nie podpasuje. Ludzie są różni i tu wchodzi doświadczenie, by wiedzieć o tym i odpowiednio reagować.

Czyli skończyły się czasy traktowania gier planszowych tylko jako zabawki?

K.: Ostatnio zauważyłem, że to hobby staje się coraz bardziej „na poważnie”, ludzie licytują się ile gier mają w swoich bibliotekach domowych, w  co się teraz gra, co jest modne a co nie. Ta zabawa, która wychodzi z samej rozgrywki gdzieś schodzi na drugi plan. Dla mnie gry to hobby i na tym poziomie wciąż je traktuję,  jest to dla mnie punkt wyjścia, od tego założenia staram się wyjść przy wchodzeniu w strefę firmową bo wiem, że da mi to nowe spojrzenie i chęć do działania.

Skoro już podzieliłem Twoich „odbiorców” na dorosłych i dzieci, to z kim Ci się lepiej współpracuje, do kogo łatwiej dotrzeć?

K.: Ja nie lubię podziałów, ale jak mam być szczery to wolę pracować z młodzieżą oraz dorosłymi, czasem jednak mój wygląd przy pracy z dziećmi troszkę młodszymi odstrasza.

A co ja mam powiedzieć? W ramach zamknięcia naszej rozmowy w jakieś klamry, to powiedz mi, czy będziemy mogli Cię spotkać na konwentach, od których właściwie wszystko się zaczęło?

K.: Jak najbardziej! Nie zamierzam rezygnować z wyjazdów, zobaczymy jak to będzie z czasem, ale mam zamiar rozwinąć jak tylko znajdę troszkę  wolnego mój fanpage i tam umieszczać wszystkie rzeczy związane z konwentami. Oraz IGIZ także współpracuje z kilkoma wydawnictwami przy wystawianiu ich i promocji ich gier na różnych konwentach.

Myślisz, że bez tamtych konwentów nie byłoby teraz „Instytutu Gier i Zabaw”?

K.: Oczywiście, konwenty mocno wpłynęły na moje życie i dały dużo wiedzy oraz doświadczenia, są one bardzo dużą częścią mnie prywatnie oraz dzięki nim poznałem tych wspaniałych ludzi z którymi teraz współpracuję. Dla mnie praca jest ważnym aspektem i nie rozdzielam jej od strefy prywatnej. Dużo moich przyjaciół poznałem na konwentach i dzięki temu mogę spróbować stworzyć coś nowego.

Wiem o czym mówisz. Na konwenty już właściwie nie jeżdżę, ale przyjaźnie i znajomości pozostały. Gry planszowe łączą i niech tak zawsze będzie. Dziękuję Ci za rozmowę. Życzę Ci, żeby wszystkie Twoje plany się zrealizowały, a w ich miejsce dla zachowania dynamiki, powstały nowe. Mam też nadzieję, że czytelnicy będą mogli Cię spotkać i sami się przekonać jaki Pablo na jest na żywo. Gry i zabawę na pewno gwarantujesz.

Oczywiście. Dzięki!