Przed premierą: Kingrunner – 42 km 195 metrów gry planszowej

Gry planszowe to nie jest moje jedyne hobby. Rozrywka umysłowa to jedno, ale równie ważne jest dla mnie hasło „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. Lubię wysiłek fizyczny jaki daje sport. Kiedyś był to rower, a teraz, dzięki bieganiu mogę się wymęczyć i odreagować codzienny stres. Biegam amatorsko i nie przekraczam dystansów większych niż 30 km, ale gdzieś tam we mnie siedzi chęć pokonania królewskiego dystansu. „Kingrunner” połączył oba moje zainteresowania i w końcu mogłem zmierzyć się z maratonem przynajmniej na planszy. Gotowi do biegu? Start!

Autorami gry jest grupa biegaczy (Filip Miłuński – koncepcja i mechanika gry, Mikołaj Kowalski-Barysznikow, Marcin Rosłoń, Tomasz Wiaderny), a zostanie ona wydana dzięki kampanii na platformie PolakPotrafi.pl. Wprawdzie akcja wciąż jeszcze trwa, ale próg wymaganej kwoty został już przekroczony, więc wydanie „Kingrunnera” jest przesądzone.

Przyznaję, że z początku podchodziłem do tego tytułu sceptycznie. Jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić połączenia biegania z grą planszową, a zwłaszcza oddania klimatu tej dyscypliny przez mechanikę gry. Jak się przekonasz, Filip i pozostali autorzy nie mieli z tym problemu i udało się im stworzyć grę karciano-planszową, która to potrafi. Dobrze, że nie zarabiam na życie tworzeniem gier, bo bym pewnie głodował…

Nie wiem jak ostatecznie będzie wyglądało wydanie gry, ale na pewno zostanie zachowana jej kompaktowość oraz szata graficzna, która wprawdzie jest minimalistyczna, ale dzięki kolorystyce i czytelnym ikonom jest bardzo zwartą i ciekawą formą.

 

Oprócz kart i znaczników w pudełku znajdziesz dwustronną planszę biegu oraz plansze kondycji zawodników. Numer na planszy jest ważny w sytuacjach remisowych, więc na początku gry należy je graczom rozdać losowo.

Biegać może w zasadzie każdy, ale najważniejsze, żeby podchodził do tego (przynajmniej na początku) na luzie. Stawianie sobie od razu poprzeczki zbyt wysoko, może skutecznie zniechęcić do biegania. Na początku nie warto więc pędzić na złamanie karku lub starać się pokonać dystansu ponad nasze siły, bo prawdopodobnie i tak się nam to nie uda, więc nie ma sensu od razu się zniechęcać. Trzeba skupić się na odpowiednim treningu, a wyniki przyjdą same.

Trening. Słowo, które zwykle wywołuje radość, ale czasami na samą myśl o nim stajesz się nerwowy i tylko szukasz wymówek, by go nie odbyć. Ciężki dzień, brzydka pogoda za oknem lub zwyczajne lenistwo, to czynniki potęgujące niechęć do wyjścia na trening. Niestety swoje trzeba wybiegać, więc są one konieczne.

Nie inaczej jest w „Kingrunnerze”. Trening to pierwszy etap gry, w którym przygotujesz dobrą formę, co przekłada się na stworzenie własnej talii kart, dzięki której przekroczysz linię mety jako pierwszy – pamiętaj, pozytywne nastawienie to podstawa nie tylko biegania.

Karciana strona gry wykorzystuje mechanikę budowania talii (deck building), więc stworzenie sobie dobrego zestawu kart na początek to podstawa efektywnej rozgrywki. Zastosowano tutaj wariant zbliżony do tego jaki znasz z „7 Cudów Świata”, czyli będziesz wybierał jedną kartę z trzech, a pozostałe przekażesz przeciwnikowi. Trening skończy się w momencie, gdy wszystkie karty w talii biegu zostaną rozdzielone.

Ważną cechą gry miał być jej aspekt edukacyjny. Autorzy to czynni biegacze, którzy wiedzą o czym mówią, dlatego na kartach nie znajdziesz jakichś wyssanych z palca akcji, ale prawdziwe elementy, które nie powinny być obce nikomu, kto uprawia lub chce uprawiać bieganie.

W talii biegowej znajdziesz karty zwykłe, karty jednorazowe (leżące widoczne przed tobą podczas gry – „na stole”) oraz te wykorzystywane od razu przed startem („na start”). Oprócz nazwy akcji/karty, na niektórych widoczne są wartości wpływające na parametry twojej kondycji. Jaka ona jest widać z twojej karty biegacza, na której zaznaczasz poziom prędkości, wytrzymałości i psychiki.

Może cię dziwić ostatni parametr, ale każdy biegacz, zwłaszcza ten długodystansowy, powie ci, że wszystko jest w głowie. Nawet najlepsza forma fizyczna niewiele przyniesie, gdy będziemy mieli słabą kondycję psychiczną. A żeby ją poprawić warto wcześniej sobie zrobić badanie serca i/lub krwi. Również zakup odpowiedniego sprzętu (buty startowe, opaski kompresyjne) ją trochę podniesie, a przy tym zwiększy nasze możliwości (wytrzymałość, liczba kart na ręku). Nie można zapominać również o paliwie, a nic tak dobrze nie działa na wytrzymałość, jak porządna dawka makaronowych węglowodanów w dniu poprzedzającym starcie, czyli tradycyjne już „pasta party” organizowane przez organizatorów biegów.

Start w biegu zorganizowanym to prawdziwy sprawdzian twojego przygotowania. To wtedy zobaczysz czy właściwie spożytkowałeś czas poświęcony na treningi. W „Kingrunnerze” ten sprawdzian nastąpi w drugim etapie gry, tym najważniejszym – Biegu, do którego wykorzystuje się planszę. W zależności od naszego zaawansowania (tym razem chodzi o grę, a nie prawdziwe bieganie) do wyboru mamy trasę łatwą i trudną. Plansza na pierwszy rzut oka wygląda jak klon „Grzybobrania”, ale trudno przecież w inny sposób oddać wizualnie trasę maratonu, więc się tym nie przejmuj. Zaznaczono na niej wyczekiwane przez biegaczy punkty odżywcze (napoje i żywność energetyczna – wzrost wytrzymałości), niezbyt lubiane podbiegi (niewłaściwie pokonane wpływają na prędkość i wytrzymałość), zbiegi (przy odpowiedniej technice możesz tutaj nadrobić dystans, czy też przegonić przeciwników – jedno dodatkowe pole do przodu), zespoły muzyczne (doping fanów dodaje skrzydeł – zwiększenie psychiki) oraz to, czego każdy biegacz boi się najbardziej, czyli punkty medyczne, z których trzeba skorzystać podczas trasy. W grze przyjęto najbardziej optymistyczne zakończenie takiego zdarzenia i tylko odbija się to na kondycji psychicznej. Poważna kontuzja i długa rekonwalescencja bez biegania, to dla biegacza katorga.

A jak tu się właściwie biega? To chyba jasne, za pomocą kart. W każdej rundzie wszyscy gracze wybierają w ukryciu jedną (spośród trzech na ręku) kartę i jednocześnie ją ujawniają. Kolejność wykonywania akcji zależy zasadniczo od pozycji na planszy biegu. Przy bieganiu wykorzystywane są wszystkie parametry określające naszą kondycję. Na zagrywanych kartach widoczne są zwykle wartości wpływające na nasze parametry, w tym prędkość. Możemy biec stałym tempem, zwalniać, ale i oczywiście przyśpieszać. W tym ostatnim przypadku wzrost prędkości będzie powodował obniżenie naszej wytrzymałości, a w krytycznych momentach możemy tak się wykończyć, że trafimy na tzw. „ścianę”, czyli punkt, w którym mówimy sobie dosyć, kończę, bo nie dam rady (mała prędkość do momentu poprawy wytrzymałości). W takich wypadkach zaczyna liczyć się psychika (możliwość podniesienia prędkości/wytrzymałości kosztem psychiki – to działa podczas całego biegu) i wytrenowanie. A o prędkość warto dbać, bo wiadomo, że od tego zależy jak szybko przybiegniemy, a w grze o ile pól przesuniemy się do przodu.

Wcześniej napisałem o sprawdzianie naszego przygotowania, więc teraz na podstawie tego co przygotowali nam autorzy gry, powiem ci na co trzeba zwrócić szczególną uwagę podczas treningu, czyli tworzenia własnej talii.

Bieganie to jedno, ale nie wolno zapominać o treningach ogólnorozwojowych (pozwalają m.in. uniknąć kontuzji) i siłowych (dobra siła w nogach to lepsza pewność siebie – żadna „ściana” ci nie jest straszna), dbać o dietę (lepsza wytrzymałość), a czasami skorzystać z porad i usług fizjoterapeuty, które podobnie jak ćwiczenia pozwolą uniknąć kontuzji. Nie zapominajmy też o rozciąganiu, które zwiększy zakres pracy naszych nóg i da nam przewagę na trasie (dobranie kart).

Przygotowanie do maratonu to już nie przelewki. Tutaj do treningów trzeba wprowadzać różnorodność biegową. Oprócz pokonywania 5K (5 km) , 10K (10 km) i 21K (21 km – półmaraton), które wpłyną na prędkość i wytrzymałość, należy trenować podbiegi (na podbiegach na trasie jesteś niepokonany), biegi z narastającą prędkością (przyśpieszanie nie wpływa na wytrzymałość) lub zastosować tzw. „zabawę prędkością”, czyli fartlek (dogonisz każdego. No, prawie…). Do tego dochodzą skipy, wieloskoki, marszobiegi, interwały, przebieżki, crossy i podstawa każdego biegacza, budująca jego siłę biegową, czyli długie wybieganie, w którym nie liczy się prędkość, ale zdolność radzenia sobie z długim dystansem, czasem i tym co dzieje się w głowie.

Warto oczywiście mieć przygotowaną wcześniej strategię biegową (możliwość wymiany kart) lub zdać się na pacemakera (tzw. zająca), czyli osoby, z którą biegniemy, aby przebiec bieg w określonym czasie. To on nadaje nam tempo biegu (można skopiować działanie innej karty wyłożonej w tej rundzie). O takich sprawach jak izotonik i żel energetyczny chyba nie muszę wspominać. Kto biega, ten wie co taki zastrzyk energii potrafi zrobić z wycieńczonym organizmem i jak to wpływa na wytrzymałość i prędkość.

Jak widzisz, masz tu prawie wszystko co powinieneś wiedzieć o przygotowaniach do przebiegnięcia maratonu i wiesz w co warto zainwestować swój czas, żeby być pewnym swojego wyniku. Niestety z tą pewnością bywa różnie, bo możemy być świetnie przygotowani, ale nigdy nie przewidzimy sytuacji, które niespodziewanie nam się wydarzą już na trasie.

Taką właśnie niepewność wprowadzają karty Wydarzeń, które są zagrywane na koniec rundy i działają na wszystkich graczy. Najmniej przewidywalna jest oczywiście pogoda. Deszcz, upał, wiatr mają bardzo duży wpływ na komfort biegu i odbija się to widocznie na prędkości i wytrzymałości, ale również i na psychice. Bez odzewu nie pozostaje też wredne sznurowadło, które właśnie teraz postanowiło się rozwiązać lub nagła potrzeba skorzystania z toalety. Spada prędkość, a czasami reagujemy niepotrzebną frustracją (psychika w dół). W takich chwilach najlepiej sprawdza się spotkanie skandującej twoje imię rodziny, grupy kibiców lub fotografa, do którego pomimo zmęczenia szczerzymy zęby jak małe dziecko (zwiększenie psychiki, dobieranie kart). Na koniec zostawiłem najgorsze co nam się może zdarzyć, bo kontuzji nikomu nie życzę i wolę o nich jak najmniej pisać. Niestety kontuzje się zdarzają i te małe (zmniejszenie prędkości) i te duże (konieczna jest wizyta w najbliższym punkcie medycznym).

„Kingrunner” to naprawdę gra o bieganiu. Potrafi niebiegających zachęcić do uprawianie tego sportu, a u biegających wywołać uśmiech na twarzy, kiedy grając w grę planszową czują się jak podczas prawdziwego biegu. Lecz to nie tylko walory edukacyjne są tu ważne, bo to przecież blog planszówkach, a nie o bieganiu. Bardzo dobrze działa tu również zastosowana mechanika. Wprawdzie gra skierowana jest bardziej do mniej zaawansowanego typu gracza, to jednak jej elementy pozwalają na planowanie i budowanie strategii, dlatego może się ona również spodobać tym bardziej wymagającym graczom Od samego początku mamy wpływ na przebieg rozgrywki i już podczas treningu możemy zdecydować się jak chcemy biec. Wprawdzie wszystko zależy od przychodzących kart, ale jesteśmy w stanie określić, czy np. chcemy pobiec bardzo szybko nie licząc się z utratą wytrzymałości, czy też pokonać dystans wolniej, ale bezpieczniej.

Wydarzenia wpływają na grę i to bardzo, ale jeżeli je znamy i wiemy czego się można spodziewać, to można się do nich choć w małym stopniu przygotować. Zawsze pozostanie trochę losowości wynikającej z mechanik tworzenia talii i dobierania kart podczas biegu, ale w tego typu grach jest to normalne. Dzięki temu jednak nie jest ona powtarzalna, a to w połączeniu z dwoma rodzajami tras i wydarzeniami pozwoli ci startować w całej gamie różnych maratonów, co szczególnie docenisz jesienią i zimą, kiedy pogoda za oknem nie będzie sprzyjała bieganiu.

Przeczytałem jeszcze raz to co napisałem i naszła mnie ochota na bieganie, czyli „Kingrunner” działa. Zostawiam więc pisanie i niezdrowe przesiadywanie przed monitorem i uciekam na trening. Ciebie zostawiam z  tekstem i decyzją czy warto kupić grę. Moją opinie już znasz. Pamiętaj jednak, że najważniejsze w tym wszystkim jest prawdziwe bieganie, więc biegaj.


Opisywana w tekście gra została przekazana przez ich autorów