Strife: Legacy of the Eternals. Kiedy wiem wszystko o moim przeciwniku.

W planszówkach również panuje moda i zmienność stylów jest tutaj odczuwalna. Przeżyliśmy fascynację mechaniką opartą o budowanie talii kart, potem powróciły do łask kości, a ostatnio coraz częściej możemy natknąć się na gry, które opierają się na małej liczbie komponentów. Okazuje się, że takie gry mogą być również interesujące bez udziału tony drewna i papieru. Strife: Legacy of the Eternals dodatkowo chce nam jeszcze udowodnić, że gra, w której wiemy prawie wszystko o przeciwniku może zachwycić dzisiejszego miłośnika nowoczesnych gier planszowych.

Kiedy przeczytałem pierwszy raz o nowym tytule wydawnictwa Cube Factory of Ideas, to pierwsze co wpadło mi w oko to rewelacyjne grafiki kart. Dopiero później dotarło do mnie, że to będzie ich pierwsza gra wydana jednocześnie w Polsce, jak i za granicą. A jeżeli dołożymy do tego fakt, że jest to tytuł, którego pierwszą edycję wydano dzięki kampanii na Kickstarterze, to nie wiem jak Wy, ale ja o takiej grze muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Szybkie przeszukanie sieci i na moim dysku spoczęła wersja „print and play” Strife. Już tylko krok dzielił mnie do zakoszulkowania kart i zagrania pierwszej partii, a od tego momentu wiedziałem, że muszę Wam o niej napisać, ponieważ dobrymi rzeczami należy się dzielić.

SAMSUNG CSC

Wersja PaP pozbawiona jest kolorów i oczywiście nie dorównuje wersji pudełkowej jeżeli chodzi o jakość wykonania. Zwłaszcza, że karty w wersji pudełkowej będą wielkości tych znanych z gry Dixit. Zapowiada się więc uczta dla planszówkowych estetów, którzy lubią potrzymać w ręku ładne komponenty.

Jeżeli chodzi o liczbę komponentów, to Strife wpisuje się bardzo dobrze w przytoczony na początku typ gier. Każdy z graczy dysponuje dziesięcioma identycznymi kartami czempionów, którzy będą walczyć o dziesięć kart lokacji. Jak sami widzicie, otwarcie pudełka może wywołać uczucie niedosytu. Jednak uwierzcie mi teraz na słowo i czytajcie dalej, bo o ile komponentów wydaje się być niewiele, to myślenia w czasie gry będzie aż nadto.

Trzy odsłonięte krainy stanowią punkt wyjścia dla naszych zmagań. Po jednej stronie rzędu lokacji będzie toczona bitwa siłowa o pierwszą z nich, a po drugiej, na stosie dziedzictwa nasi czempioni będą wspierać swoich walczących braci i pomagać im w wygraniu bitwy. Nasze jednostki są uniwersalne i każda z nich potrafi być na początku czempionem bitewnym, żeby później po rozegranej bitwie wycofać się na z góry upatrzone pozycje i przeistoczyć się w jednostkę wspierającą. Na kartach jasno napisano jakimi zdolnościami posługują się nasi czempioni w określonej sytuacji. Oprócz jego nazwy, klasy i wartości siły (0-9), każdy z nich ma podaną zdolność bitewną oraz zdolność dziedzictwa. Karty lokacji też są po części powiązane z czempionami, ponieważ każda z nich wspiera jedną, konkretną klasę, której siła podnosi się (1-3) kiedy o nią walczą. Lokacje posiadają różne wartości punktowe, które zdobędziemy po ich przejęciu, dlatego od samego początku warto pamiętać, że przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny.  Trzeba wiedzieć, kiedy sobie odpuścić walkę i skierować swoje myśli ku kolejnej lokacji, a kiedy trzeba walczyć jak lew.

Strife

Mechanika gry nie jest trudna i szybko ją wytłumaczymy. W pierwszej kolejności uruchamiamy zdolności bitewne czempionów walczących o lokacje, a następnie zdolności dziedzictwa czempionów wspierających (stos dziedzictwa) oraz uwzględniamy pomoc ze strony podbijanej lokacji. W zależności od wartości siły obu walczących ze sobą czempionów, lokację przejmuje osoba kontrolująca tego najsilniejszego. Następnie czempioni opuszczają pole bitwy, wycofują się i zostają czempionami wykorzystującymi zdolności dziedzictwa, z których skorzystamy w czasie bitwy o kolejną lokację.

W tej grze praktycznie wszystko jest jawne, jeżeli chodzi o fizyczny aspekt gry – stosy dziedzictwa można zawsze przejrzeć, a kart na ręce łatwo się domyślić, bo każdy z nas ma przecież taki sam ich zestaw. Niewiadomą jest tutaj tylko to, co dzieje się w naszej głowie. Przeciwnik poznaje nasze myśli dopiero w chwili odsłonięcia, zagranego czempiona bitewnego – gracze wystawiają go jednocześnie, zasłoniętego dla drugiego gracza.

W bitwie oczywiście liczy się siła czempiona, ale gdyby chodziło o zwykłe porównywanie dwóch cyferek na kartach, to bym teraz pewnie opisywał „wojnę” a nie Strife. Tutaj siła widoczna na karcie jest wartością wyjściową, a jej końcowa wartości zależy od zdolności bitewnych i dziedzictwa czempionów biorących udział w bitwie, a nasi czempioni potrafią sporo.

Wprawdzie Mnich siły bazowej nie posiada, ale jego możliwości medytacji pozwalają zwiększyć ją do wartości siły przeciwnika. Nekromanta czerpie siłę z martwych wojowników ze stosu dziedzictwa przeciwnika, a Zabójca potrafi ten stos zgodnie z naszym życzeniem poukładać. Jest to ważne, ponieważ są sytuacje, gdy kolejność czempionów w stosie ma strategiczne znaczenie w rozgrywce. Czarodziej czuje się na tyle pewnie w walce, że nie potrzebuje wsparcia dziedzictwa, ale wystarczy mu wzięcie i dodanie siły czempiona wspomagającego do jego własnej. Paladyn wprost przeciwnie, bardzo ceni sobie wsparcie i chętnie widzi w bitwie u swego boku czempiona dziedzictwa. Wspólnie stawiają czoła wrogowi, oboje uruchamiają swoje zdolności bojowe. Ranger zastawia pułapki i pozbawia czempionów przeciwnika ich zdolności bojowych, Druid uporządkuje stos dziedzictwa tak jak my tego chcemy, a Wojownik tak poprowadzi walkę, że wsparcie przeciwnika nie będzie miało wpływu na los bitwy. Pozostał nam jeszcze Rycerz, który wybierze odpowiednią dla nas lokację bitwy oraz najsilniejszy Barbarzyńca, który potrafi zrównać z ziemią aktualną lokację i przenieść bitwę do następnej widocznej, która jest dla nas korzystniejsza lub której ewentualna strata nie będzie dla nas tak dotkliwa.

Do zdolności bitewnych dochodzą jeszcze oczywiście możliwości czempionów spoczywających na stosie dziedzictwa i wspierających naszych wojowników – zdolności dziedzictwa. Możemy dzięki nim np. „żonglować” lokacjami (Ranger, Druid, Rycerz), w różny sposób zwiększać siłę swoich wojowników (Czarodziej, Zabójca), blokować zdolności bojowe przeciwnika (Mnich) lub redukować jego siłę (Wojownik), wymieniać naszych wojowników na lepszych (Nekromanta), zwiększać przewagę punktową (Barbarzyńca) oraz doprowadzać do remisów teoretycznie przegrane starcia (Paladyn). Połączcie to wszystko, a zobaczycie, że możliwości taktycznych jest naprawdę bardzo dużo i gra nie jest bezmyślną zabawą w „otwarte karty”.

Wspomniane przed chwilą remisy są ważnym elementem mechaniki, o którym trzeba wspomnieć. W grze wszystkie tego typu sytuacje rozwiązuje się za pomocą Kamienia Przeznaczenia (kostka K10). Gracz, który jest w jego posiadaniu wygrywa remis, ale musi przekazać go z wartością powiększoną o jeden przeciwnikowi. Jest to o tyle ważne, że wartość widniejąca na kamieniu zwiększa liczbę zdobytych punktów przez jego aktualnego właściciela na koniec gry.

Po dziewięciu bitwach kończy się tura, zliczamy punkty widniejące na podbitych lokacjach i zaczynamy kolejną rundę. Żeby wygrana nie zależała tylko od „pojedynczego, szczęśliwego trafu”, autorzy zalecają rozegrać trzy takie rundy i podsumować zdobyte w ramach nich punkty.

pic2266779

Każda gra jest inna, a jeżeli grasz wciąż z tym samym przeciwnikiem, to nawet powinna taka być. Pamiętajmy, że nasze walory są praktycznie jawne i zagrywanie wciąż takich samych kart stanie się w końcu łatwe do przewidzenia. O losowości trudno tutaj mówić, bo praktycznie jedynym elementem losowym jest tutaj kolejność (wartość) lokacji, a wszystko pozostałe zależy już tylko od nas. To gra zdecydowanie dla lubiących kombinowanie, blefowanie i bliski kontakt z przeciwnikiem, w którym negatywna interakcja odgrywa szczególną rolę. Z racji, że gramy takim samym zestawem czempionów, to dostajemy tutaj niemal szachowe emocje związane z ich zagrywaniem. Praktycznie cały czas musimy przewidywać czego możemy się spodziewać od strony przeciwnika, a do tego sami też staramy się go przechytrzyć. Gra to takie balansowanie taktyczne w kilku płaszczyznach. Z jednej strony musimy skupić się na czempionie w aktualnej walce o lokacje – czyli wykorzystać jego zdolność bitewną, ale z drugiej trzeba też myśleć o kolejnej, w której użyjemy jego zdolności dziedzictwa jako czempiona wspierającego.

W Strife trudno komuś zarzucić, że jego wygrana była tylko wynikiem szczęścia w doborze kart lokacji lub siły czempiona. Każdy z grających ma takie same możliwości osiągnięcia wygranej. Jeżeli szukacie tytułu, który ma być swego rodzaju pojedynkiem intelektów, to jest właśnie to. Tutaj wszystko zależy od tego, jak wykorzystamy możliwości naszego umysłu i  odpowiednio wyłożoną kartą przechytrzymy przeciwnika czy odmienimy losy bitwy. Trzeba tutaj sporo przemyśleć, ale przecież tym właśnie ma charakteryzować się prawdziwy strateg.

Ostatnio Sztuka Wojny, a teraz niespodziewanie Strife wpisało się na moją listę dobrych gier dwuosobowych. Nie mogę się już doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie jej pudełkowe wydanie i gdy do przyjemności płynącej z samej rozgrywki dołożę jeszcze odczucia płynące z jej walorów wizualnych. Tej jesieni nie zamierzamy się w domu nudzić, a Strife na pewno będzie jednym z elementów tego stanu. Czego oczywiście i Wam życzę.

 

 Grafiki wykorzystane w tekście pochodzą z serwisu www.boardgamegeek.com.

  • Jak p&p Ci się spodobał, to dodaj +2 do oceny za końcowy wygląd :)
    A dodatek już za rogiem!

  • xilk

    W przypadku gry strategicznej dla dwóch osób, preferuję raczej szachy, a nie taką grę karcianą. Osobiście szukam gier dla grup 3-5 osobowych, bo w takich gronach się spotykam ;)

    No cóż, szkoda, że to tylko pojedynki jeden na jednego, bo przy większej ilości graczy, ta zabawa miałaby większy sens. Wprawdzie musieliby opracować jakieś inne zasady dla kamienia przeznaczenia, gdy remis jest osiągany przez więcej, niż tylko 2 graczy, ale to dałoby się wymyślić.

    Mnie osobiście Strife nie porywa, ale amatorów pojedynków, to może.

    • Szanuję szachy jako grę, ale są one dla mnie za bardzo abstrakcyjne. Podchodziłem wiele razy i niestety nie zaiskrzyło. A teraz mamy gry planszowe, które wszystkim takim jak ja dają możliwość pograć w tytuły, które dają podobne odczucia. Strife nie pretenduje do zamiennika szachów, ale w coś z szachów w niej jest, a jest dla mnie przy tym bardziej klimatyczna. Ja bardzo lubię gry dwuosobowe, bo to najłatwiejszy skład do zebrania ;)