Warhammer 40K: Podbój – okiem aparatu (unboxing) i zwykłego gracza
Jeżeli zadacie mi pytanie, który popkulturowy świat naprawdę mnie kręci, to niestety nie odpowiem, że Star Wars lub Cyber Punk, ale właśnie Warhammer 40 000. Uwielbiam jego gotycki klimat, połączenie średniowiecznego rycerstwa z rozwiniętą technologią, pompatyczność i różnorodność ras, które tak bardzo ewaluowały od czasu ich narodzin w świecie fantasy, do czasów przyszłych, a nawet bardzo przyszłych, bo 40000 rok naszej ery, to przyznacie sami, data bardzo odległa. Zagmatwane historie, brutalna walka o władzę, ale też proste prawdy o honorze, dumie i odwadze. To właśnie świat, który mi najbardziej odpowiada. Wprawdzie moja wiedza o nim swoje początki ma w grach komputerowych, a nie w wolnym od prądu RPG lub grach bitewnych, to i tak z utęsknieniem czekałem na tytuł, który pozwoli mi choć na chwilę poczuć ten klimat w planszówkowych realiach. Wiem, że było już kilka prób jego przeniesienia do naszego hobby, ale to dopiero W40K: Podbój spełnił moje oczekiwania. I chwała za to Imperatorowi!



