Smotne granie, czyli „fenomen” wariantów solo

Niezrozumiałą dla mnie sprawą są warianty solo do różnych gier planszowych, które  z założenia nie posiadają możliwości grania dla jednej osoby. W mojej świadomości gry planszowe to tak naprawdę gry towarzyskie więc z samej definicji trudno mi zrozumieć  chęć spędzania samemu czasu nad planszą lub kartami. Z tego też powodu długo walczyłem z zaliczaniem łamigłówek logicznych (przeważnie dla jednej osoby) do planszówek.

Tekst pierwotnie ukazał się na moim blogu PlanszowySwiat.pl.

Polecając gry przeważnie mówi się o walorach towarzyskich takiego sposobu spędzania czasu. To że możemy spędzić go w gronie żywych ludzi, a nie siedzieć samemu przed komputerem to główny argument zachęcania do planszówek. A tu proszę ludzie/gracze sami wymyślają takie warianty gier i chcą/proszą żeby je wymyślać. Co dziwne czasami Ci sami ludzie oburzają się, kiedy wersję elektroniczne gier planszowych stawia się na równi z tradycyjnymi odpowiednikami. Tym bardziej jest to dziwne ponieważ lepiej przecież zagrać z kimś przez sieć lub z komputerowych przeciwnikiem niż rozgrywać na wymyślanych (czasami na siłę) zasadach solowe partie typowych wieloosobowych gier, których mechanizmy aż proszą się o żywą interakcję.

Ciężko mi nawet zrozumieć potrzeby grania samemu w gry, które są przeznaczone  również dla jednej osoby. Jakoś wizja spędzania samemu czasu nad grą tylko dla suchego wyniku bez towarzyszącemu graniu emocji, związanych nierozerwalnie z innymi graczami przeczy mojemu odbieraniu fenomenu gier planszowych.

Gry planszowe = ludzie + emocje + myślenie

Kolejność nie jest przypadkowa bo właśnie tak widzę gry planszowe. Najważniejsze jest spędzania czasu z innymi ludźmi bo to głównie dlatego zakochałem się w planszówkach. Potem emocje – bez tego nawet najbardziej wyrafinowane mechanizmy i reguły nie zachęcą mnie do grania. Dopiero na końcu „móżdżenie” – ważne, ale nie na tyle żeby przesłoniło ludzką i emocjonalną stronę grania.