Ekspres XI: Czy ślimaki w fezach śnią o latających kiwi?

Dawno nie było „Ekspresu”, ale dzięki wydawnictwu Egmont mogę to teraz nadrobić. Do tej pory wydawnictwo starało się zaspokajać gusta bardziej rodzinnych graczy i dzieci, ale ostatnie zapowiedzi i plany świadczą o tym, że postanowili spróbować swoich sił również w trudniejszych grach. O planach nie mogę jeszcze głośno mówić (zaawansowani gracze bądźcie czujni!), ale w oczekiwaniu na polskie wydania „Potworów w Nowym Jorku” i „Zombie 15′” poznaj dylematy „Pędzących ślimaków”, tureckie losy „Duuuszków” i marzenia nielotów z „Kiwi. Leć, nielocie, leć!”. Ogólnie wybrałem gry, które teoretycznie są dla młodych graczy, ale dziwnym trafem grać w nie będą chętnie również ci starsi.

Opisane w tekście gry zostały przekazana przez wydawnictwo Egmont

Kto nie zna hitu nad hity jakimi niewątpliwie są „Pędzące żółwie”? Ta gra stała się popularna nie tylko wśród dzieciaków, ale również grają w nią ich rodzice oraz osoby stroniące od gier rodzinnych. Nic dziwnego, że wydawnictwo zdecydowało się pójść za ciosem i wydało kolejną część serii, czyli „Pędzące jeże”, a niedawno doczekaliśmy się właśnie „Pędzących ślimaków„.

Gra zachowała szatę graficzną całej serii i bardzo dobrze, bo ma ona bardzo duży wpływ na sukces gry. Nie spotkałem dziecka, które nie chciałoby wziąć do ręki Żółwi. Wiadomo, że gry dla dzieci muszą najpierw przyciągać wizualnie, bo bez tego nawet najbardziej wyrafinowana mechanika na nic się nie przyda i tylko będzie zaspokajała wymagania rodziców, a nie o to tutaj chodzi.

Na szczęście Ślimaki nie mają z tym problemu, więc chęć poznania zasad jest tu oczywista. Wytłumaczysz je bardzo szybko. W zasadzie w przypadku tego typu gry nie powinno to być zaskoczeniem, ale z doświadczenia wiem, że czasami bywa z tym różnie, więc warto o tym napisać.

Zgodnie z tytułem będziemy brać udział w wyścigu ślimaków, ale twoi przeciwnicy nie będą wiedzieli, którzy zawodnicy są twoi, tak jak ty nie będziesz znał ich. Na początku gry każdy z was wylosuje kartę z dwoma kolorami ślimaków i dopiero na koniec gry je odkryjecie. Oczywiście czasami można się domyśleć, który zawodnik jest czyj, ale dla własnego dobra lepiej starajcie się to ukryć.

Ślimaki napędzane są siłą kości (każdemu kolorowi odpowiada jedna kość), które rzucane są przez pierwszego gracza i po wybraniu i zatrzymaniu jednej z nich, przekazywane w mniejszej liczbie kolejnemu graczowi, a ten nimi ponownie rzuca. Procedura powtarza się do momentu kiedy aktywny gracz będzie miał już tylko jedną kość do rzutu, wtedy wszyscy oddają swoje zatrzymane kości i rzuca się wszystkimi.

W każdej więc chwili gracze mają pulę kości do wyboru (choć mniej kolorów), co może w przypadku dorosłych miłośników planszówek nie jest czymś dziwnym, ale w przypadku dzieci rozwija to ich zdolności decyzyjne, wprowadzając podczas gry problemy związane z dokonywaniem wyborów. A jest się nad czymś zastanawiać, bo wybrana przez gracza kość porusza po planszy ślimaka w jej kolorze. Liczba pokonanych pól jest równa wartości wyrzuconej na kości, chyba że wybrano kość z wyrzuconym ślimakiem. Jest to wynik specjalny, który porusza zawodnika zawsze o dwa pola, ale kość taką oddajemy ponownie do puli następnego gracza.

Może ślimaki nie są kojarzone z agresywnym zachowaniem, ba! nie są kojarzone pewnie i z samymi wyścigami, ale te takie są. Jeżeli przesuniesz któregoś ze ślimaków na zajęte pole, to przeciwnicy spychani są o jedno pole do tyłu, a ty zdobywasz tyle punktów ilu zawodników wykiwałeś.

Kolejnym sposobem na zdobycie dodatkowego punktu jest zatrzymanie się na grzybku. Ślimaki są znanymi miłośnikami takich przysmaków, więc nic dziwnego, że jest to tutaj promowane.

Koniec wyścigu to podsumowanie twoich zdolności trenerskich. Zasady punktacji nie są tutaj jednak standardowe, dlatego musicie być ich świadomi od samego początku. Punkty (5 pkt.) zdobywa zawodnik, który pierwszy przekroczył linię mety (zatrzymanie się na tym polu jest promowane 1 pkt.), ale również zawodnik drugi (2 pkt.) oraz i… ostatni, który zdobywa aż 3 pkt.

Wydaje się to może dziwne, że ostatni ślimak ma więcej punktów niż drugi, ale pamiętaj, że poruszasz dwoma zawodnikami. Gra wymusza myślenie i planowanie swoich ruchów, gdyż łatwiej jest maksymalizować ruchy swoich ślimaków, ale trudniej już zaplanować to tak, aby je rozdzielić i zdobyć maksimum punktów lub powalczyć o lepszy wynik. Jest to szczególnie ważne w przypadku jednego z wariantów gry, w którym gra się trzy rundy, a potem sumuje się wyniki. My jeszcze wprowadzamy inny wariant i umożliwiamy cofnięcie ślimaka o dwa pola po wzięciu kości ze ślimakiem, ale kość taka jest zatrzymywana przez gracza. Daje to więcej możliwości kombinowania dla dorosłych graczy (nawet w tutaj odzywa się nasz euroduch), ale dzieciom nie jest to niezbędne do zabawy, więc spokojnie możesz to sobie podarować i grać w wersję standardową.

„Pędzące ślimaki” tylko z pozoru są prostą i kolorową grą – pamiętaj, że wciąż mówimy o grze dla dzieci. Tak naprawdę jest tu dużo miejsca na podejmowanie decyzji i co najważniejsze, na podejmowanie ryzyka. Wybór koloru i wartości kości po rzucie, walka z sobą, którym ślimakiem się ruszyć, może kogoś zepchnąć lub może warto powalczyć o smak grzybka, a przy tym wizualizowanie sobie w głowie kolejności dotarcia ślimaków do mety, tak żeby nasze kolory zdobyły najwięcej punktów, nie jest takie łatwe i jest sporym wyzwaniem dla młodych graczy. Oni dobrze się przy tym jednak bawią i od razu uczą się i nabywają doświadczenia potrzebnego do grania w trudniejsze tytuły. Dodatkowo starsi gracze nie przechodzą katuszy podczas gry, bo „Pędzące ślimaki” nie wymagają od nich dużego poświęcenia i podkładania się dzieciom. Losowość kości wyrównuje szanse graczy bez względu na ich wiek. Jeżeli potrzebujesz właśnie takiej gry, to pędź jak tytułowe ślimaki na jednej nodze po nią do sklepu. Fanów serii nie muszę przekonywać, bo pewnie już się w nią zagrywają. I słusznie.

Duuuszki. Edycja limitowana” rzuca się w oczy od razu, bo trudno nie zauważyć wielkiej puszki, w którą zapakowana jest gra. Wprawdzie możesz czuć się lekko zaskoczony i rozczarowany jej wielkością w stosunku do jej zawartości, ale zapewniam cię, że emocje jakie ta zawartość zniweluje wszystkie te rozterki z nawiązką.

Ta wersja jest już trzecią grą z serii (pisałem o niej swego czasu na blogu) i nie mamy tutaj do czynienia tylko z limitowanym opakowaniem, ale przede wszystkim z nowym elementem gry i związanych z nim zasadami.

O co chodzi w „Duuuszkach” pewnie już wiesz z doświadczenia (a jeśli nie to zasady poznasz z linkowanego wcześniej tekstu), dlatego mimo, że można ją wytłumaczyć w kilka minut, to nie będę o tym pisał. Tutaj ważny jest fez, bo to właśnie on jest nowym komponentem, który ma nam namieszać ponownie w głowach. Teraz oprócz szybkiej reakcji na kształt i kolor, będziesz musiał jeszcze pamiętać co kryje się pod tym muzułmańskim nakryciem głowy. Nie wiem skąd tytułowy Duszek go wygrzebał, ale ponownie udało się stosunkowo małym zabiegiem pokazać, że ta gra wciąż może mieć coś nowego do zaoferowania.

Pod fezem można oczywiście coś ukryć i tak właśnie rozpoczniecie grę. Losowo wybrany przedmiot jest chowany i zaczyna się standardowe odwracania kart. Są dwie nowe zasady. Po pierwsze, jeżeli szukany przedmiot jest schowany, to należy podnieść fez i go pokazać, a druga zasada dotyczy samego kapelusza. Jeżeli on sam jest przedmiotem szukanym, to zamiast go złapać, należy głośno powiedzieć nazwę ukrytego pod nim przedmiotu. Uwierz mi, te dwie niewinne zasady, pięć przedmiotów, pięć kolorów i 60 kart potrafią przenicować mózg na wylot, a co najdziwniejsze sam będziesz tego chciał.

Nie jestem dobry w „Duuuszki”, ale sprawia mi ona taką radość, że zawsze siadam do niej z wielką przyjemnością, chociaż wiem, że przeciwnicy pewnie i tak mnie ograją. Tak samo było zresztą i tym razem. Coś jednak czuję, że to wydanie zastąpi dotychczasowe części i teraz właśnie je będziemy wyciągać w razie potrzeby pokazania jak zwariowane mogą być gry planszowe i ile radości mogą one sprawić nie tylko dzieciom.

Na koniec gra, która niespodziewanie pojawiła się w naszym domu i zrobiła taką furorę, że za pierwszym razem całkowicie zapomnieliśmy o głodzie i zrobieniu obiadu. Nie wiem o co chodzi, ale wystrzeliwanie tekturowych ptaszków kiwi do skrzynki jest strasznie wciągające i nie trzeba tutaj być dzieciakiem, żeby dać się temu wciągnąć.

Kiwi. Leć nielocie, leć” jest sprytnie zrobioną grą imprezową. W odróżnieniu od większości gier, jej pudełko jest jednocześnie (po lekkiej modyfikacji) elementem/planszą gry. Do takiej skrzyni trzeba trafić naszymi dziesięcioma podopiecznymi.

Jak wiesz kiwi nie są raczej ptakami lotnymi, więc żeby móc je wyekspediować w podróż będziesz musiał użyć… katapulty. Je również  samodzielnie się składa, ale cała procedura jest szybka i łatwa, więc na pewno nie będzie z tym problemu, a potem nastanie już tylko czas radosnych wzlotów zadowolonych z tego faktu ptaszków.

Gra jest nie tylko radosną pracą kanoniera, ale są tu również zasady. Nie ukrywam, że frajdą jest samo strzelanie, ale że zasady są, to trzeba/warto je poznać i się do nich stosować, zwłaszcza że do trudnych to one zdecydowanie nie należą.

Nasze kiwi chcą polecieć na wakacje, niestety nie latają, więc postanowiły poprosić cię o pomoc w przemyceniu ich do skrzynki z owocami kiwi. Wszyscy gracze jednocześnie odpalają swoje katapulty i starają się jak najszybciej umieścić ptaszki w przegródkach skrzynki. Promowane jest zwłaszcza umieszczenie ptaszków w czterech polach obok siebie (2×2), bo wtedy wygrywasz od razu automatycznie, ale przewidziano również wariant punktowy, więc przeważnie wasze gry będą trwać do wstrzelenia ostatniego kiwi. Punkty zdobędą gracze, których żetony kiwi będą na górze stosu wewnątrz przegródki w skrzynce.

Zabawa jest szalona i od razu polecam pozabierać ze stołu wszystkie zbędne przedmioty, a zwłaszcza naczynia wypełnione różnego rodzaju cieczami. Kiwi fruwają we wszystkich kierunkach, a niestety ich żetony nie są przygotowane na wodowanie.

„Kiwi. Leć nielocie, leć” należy do gier zwariowanych i natychmiastowych, czyli jak tylko jest okazja i klimat (albo jego brak, wtedy też pomaga), to wyciągamy grę i od razu w nią gramy. Zasad właściwie tutaj brak, ale radości z grania może jej pozazdrościć niejedna imprezówka. Dla miłośników tego typu gier (nie tylko rodziców) jest to zdecydowanie tytuł obowiązkowy. Zresztą nie robimy tego dla siebie, Kiwi też chcą mieć urlop. Pomożecie?