#GramSłówKilka: Rój/Hive

Pod koniec tygodnia spora część za nas ekscytowała się nowo zapowiedzianą grą ze świata Gwiezdnych Wojen od wydawnictwa Rebel. Szkoda, że to kolejny tytuł w moim ulubionym uniwersum, który znowu nie jest skierowany do mnie. Dla mnie ważniejszą informacją tamtego tygodnia było ogłoszenie przez wydawnictwo G3 powrotu na polski rynek gry „Rój” („Hive”) i to od razu we wszystkich jej wersjach.

Miłość. „Rój” to jedyna gra w mojej kolekcji, którą chcę mieć we wszystkich wersjach, a do tego ze wszystkimi dodatkami. To tytuł, któremu poświęciliśmy z Monią niezliczoną liczbę rozgrywek i wciąż mamy chęć na kolejne. Jest z nami w domu, bywa na spacerach czy też krótszych lub dłuższych wyjazdach. Po prostu jest z nami. A teraz w końcu będę miał jeszcze brakującą wersję, bo na polski rynek trafi w normalnym nakładzie (mam taką nadzieję) wersja „Carbon”, o której jeszcze powiem. Skąd ta ekscytacja zestawem żetonów z wizerunkami owadów? Odpowiem pytaniem na pytanie. Nie grałeś w „Hive”, prawda? Jakbyś przynajmniej raz miał w ręce te kamienie, nie wiem czy to właściwa nazwa, ale ja tak je nazywam, to od samego ich trzymania byś się w nich zadurzył. A tutaj dodatkowo dochodzi prosta, acz bardzo sprytna mechanika, będąca punktem wyjścia do sporego pogłówkowania.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Mirosław „Tycjan” Gucwa (@tycjan)

Wykonanie. Tego aspektu nie ma możliwości pominąć podczas opisywania „Roju”. Tak jak już napisałem, te bakelitowe kamienie mają w sobie coś takiego, że działają na człowieka wręcz magnetycznie. Granie nimi to czysta przyjemność. Ciężkie, opływowe, z minimalistycznymi wizerunkami owadów są same w sobie ozdobą.

Mechanika. Musisz pojmać/otoczyć pszczołę przeciwnika. Do dyspozycji masz może niedużą armię owadów (1 pszczołę, 3 koniki polne, 3 mrówki, 2 pająki, 2 żuki), ale przy takiej skali gry jest ich wystarczająco dużo. Ich najważniejszą cechą jest różny sposób poruszania się, który nawet trochę przypomina ich żywych odpowiedników. Podczas tury możesz albo wprowadzić do gry nowego owada, albo poruszyć jednym z wcześniej wprowadzonych. Ważne, żeby przy tym ruchu nie zniszczyć ciągłości tytułowego roju i nie podzielić go na dwie części.

Strategia. Cel jest jeden, każda strona chce zrobić to samo, a w dodatku każda ma taki sam zestaw figur. Nie bez powodu użyłem takiego określenia na kamienie z „Roju”, bo tak trochę ten tytuł odbieram. To takie miniszachy pozbawione szachownicy. Niby każdy z graczy ma takie same możliwości, ale jak pokazuje doświadczenie, nie każdy ma taki sam pomysł jak je wykorzystać. Podczas gry trzeba sprawnie operować zdolnościami owadów, wykorzystywać zasadę niepodzielenia roju i próbować to wykorzystywać nie tylko w danym momencie, ale również starać się zaplanować swoje ruchy na przyszłość i/lub przewidzieć zagrania przeciwnika. „Rój” to zdecydowanie mała gra, o dużych możliwościach.

Dodatki. Na początku miałem, podobnie jak inni fani, mieszane uczucia związane z nowym owadzim arsenałem i dosyć nieśmiało korzystałem z potencjału najpierw „Mrówki”, a potem „Biedronki” i „Stonogi”. Teraz traktuję je już na równi z pozostałymi, starymi druhami owadziej kompanii braci. Takie odczucia były związane z przyzwyczajeniem i długim ogrywaniem standardowego zestawu owadów. Osoby początkujące nie będą miały z tym problemów, bo komar i biedronka, z tego co widziałem, są już w zestawie standardowym (edycja: tylko w wersji „Pocket” i „Carbon”). Trzeba tylko dokupić sobie stonogę.

Dla kogo? Obowiązkowa gra dla par lub dla osób, które lubią tytuły przeznaczone właśnie dla takiej liczby graczy. „Rój” to nasza ścisła czołówka takich gier. Pozostali również ją docenią, bo takich gier nie ma na rynku, a jeżeli się pojawiają, to tylko na zasadzie „coś w stylu Roju”. Niestety „Rój” jest jeden jedyny. Idealne połączenie przyjemności płynącej z planowania kolejnych ruchów, jakości wykonania oraz czasu rozgrywki, a do tego dochodzi jeszcze jedna bardzo ważna cecha…

… mobilność. Jeżeli gdzieś wyjeżdżamy w podróż, to w zasadzie wiem o czym pomyślę podczas pakowania i podejmowania decyzji planszówkowych. W tym wypadku nie trzeba się martwić o komponenty lub miejsce do grania. Kamienie są w zasadzie niezniszczalne, a po włożeniu ich do dostarczonego woreczka można je wrzucić do każdej formy podróżnych pakunków. Nie ma też problemu ze znalezieniem przestrzeni do rozegrania partyjki lub jak to się przeważnie kończy, nawet kilku. Z bardzo prostego powodu.

Plansza. A dokładnie to jej brak. Planszą jest powstający podczas gry rój. Można grać dosłownie wszędzie od tradycyjnych różnego rodzaju stołów, stolików, skończywszy na ławkach, ściółkach leśnych, trawach, plażach lub skałach. Kamienie są na tyle ciężkie, że można chyba w nie zagrać nawet na dnie basenu… mhh ciekawy pomysł.

Wersje. Standardowe kamienie „Roju” były ciężkie, masywne. Były do czasu, aż pojawiła się wersja „Pocket” z mniejszymi kamieniami, która jeszcze bardziej poprawiła mobilność tego tytułu przy zachowaniu przyjemności z obcowania z jej komponentami. W międzyczasie na rynku pojawiła się również wersja „ekskluzywna” – „Carbon”. Jest to nic innego niż czarno-biała wersja standardowego wydania, ale ta kolorystyka nadaje tej grze dodatkowego smaku i uroku szachowych potyczek. Oczywiście to wszystko rzecz gustu, ale ja muszę ją mieć. Ty za to na pewno musisz mieć lub poznać „Rój” jeżeli tego jeszcze nie zrobiłeś. To klasyk, a klasykę trzeba znać.

Źródło: Profil FB wydawnictwa G3