Century: Korzenny Szlak

Century: Korzenny Szlak. Zapachu przypraw tu mało, ale i tak się zakochasz

Podkreślałem to nie raz: w grach liczy się dla mnie klimat. Nie jest jednak prawdą, że pomijam w nich mechanikę. Po prostu, nie ma sensu pisać o sprawach oczywistych. Zakładam, że każdy kto lubi gry planszowe wie, że nie istnieje dobra gra bez dobrej mechaniki. Wprawdzie najbardziej lubię te, które sprawnie łączą warstwę fabularną, mechaniczną i graficzną, czyniąc z niej sprawnie działający organizm, który jest ucztą dla oka, wyobraźni i umysłu, ale czasami zdarzają się wyjątki, obok których nie mogę przejść obojętnie pomimo niezaspokojenia tych trzech wypadkowych. Jedną z nich był i wciąż jest „Splendor”, o którym pisałem zanim na naszym rynku pojawił się on w wersji polskiej. Już wtedy wróżyłem mu sukces i jak się okazało, nie pomyliłem się.

Wprawdzie gra jest tak naprawdę przede wszystkim bardzo sprawnie działającym mechanizmem, który został ubrany w ładne szaty, ale przy tym jest wyprana z klimatu, o czym zresztą od samego początku mówił jej autor i wydawnictwo. Jak widać, nawet wtedy gdy nie dostaniesz wszystkiego czego oczekujesz, to zawsze możesz trafić na grę, która potrafi zaskoczyć i chwycić za serce. Tak, bardzo lubię „Splendor” i wspomnienie o sercu jest tu na jak najbardziej na miejscu.

Do tej pory nie sądziłem, że spotkam na swojej drodze tytuł, który wywoła we mnie podobne emocje i zacznie konkurować z moim faworytem z katalogu „gier dla wszystkich i na każdą okazję”, do momentu gdy nie zagrałem w „Century: Korzenny Szlak„. Błyskawicznie między nami zaiskrzyło i od razu wiedziałem, że nasza znajomość potrwa bardzo długo.

Czytaj więcej

Jorvik

Jorvik (Jórvík). Wikingiem być, czyli jak to mówią, od Karla do Jarla

Będę szczery i powiem otwarcie, że już od dawna nie jestem „wyznawcą Felda”. Prawdopodobnie jak większość miłośników eurogier na początku oszalałem na punkcie jego gier, ale moje uwielbienie przerwało pojawienie się „Rialto” (nie chcę o tym pisać…), a później już nic ponownie nie przekonało mnie do powrotu na suchą, feldowską drogę ku euroszczęściu. Za jego szczytowe osiągnięcie uważam „Trajana”, bardzo lubię „W roku smoka”, w „Zamki Burgundii” zagram, choć sam ich nie wyciągnę, ale jest jeszcze jedna gra, która za sprawą sprytnego mechanizmu utkwiła mi w głowie, ale do tej pory nie miałem okazji dołączyć jej do swojej kolekcji. Teraz za sprawą wydawnictwa Hobbity będę mógł to nadrobić, a przy okazji namówić do tego i ciebie. Mówię o „Mieście Spichrzów” („Die Speicherstadt”), które zostawiło w tyle nudne hamburskie nabrzeża, postawiło na uwielbianych ostatnio nordyckich wojowników i wraz z dodatkiem „Kaispeicher” zostało wydane jako „Jorvik„.

Czytaj więcej

Obecność (Not Alone). On tu jest i cię złapie

Ta gra z pozoru wygląda bardzo typowo. Fabularnie banał. Awaria statku kosmicznego. Rozbijacie się na obcej planecie Artemia. W zasadzie wszystko kończy się szczęśliwie i teraz musicie tylko poczekać na ekipę ratunkową, ale na planecie jest jakiś Obcy, który chce was, rzecz jasna, zabić. Oczywiście ma być strasznie i tajemniczo. Mechanicznie to też nic nowego. Jak łatwo się domyślić, jest to gra kooperacyjna o przetrwaniu na obcej planecie. Jest jednak jeden szczegół, który czyni z „Obecności” („Not Alone„) tytuł wyjątkowy. Obcym będzie jeden z was, graczy.  Nie ma więc już mowy o typowej grze tylko o przetrwaniu, bo z jednej strony będzie to gra o blefowaniu i podpuszczaniu Obcego, a z drugiej o dedukcji i próbie odkrycia co siedzi w głowach rozbitków. A to jest już coś, co sprawia, że warto się tym tytułem zainteresować.

Czytaj więcej

Unlock! Czy kupić grę jednorazową? Sprawdzam

Unlock!” to jedna z tych gier, która podobnie jak „Pandemic: Legacy” i „T.I.M.E Stories”, jeszcze przed premierą stanie się źródłem niejednej dyskusji nad sensem kupowania gier jednorazowych, gier w które zagra się raz i w zasadzie można je potem spokojnie wrzucić na dno szafy i zapomnieć. Ale zanim zadamy sobie to tytułowe pytanie, to wpierw zobacz czym właściwe jest, a raczej czym będzie, „Unlock!”.

Czytaj więcej

Nie noszę różowych okularów. Wywiad z Michałem Krzywickim, właścicielem wydawnictwa Baldar

Znacie Michała Krzywickiego jako autora jednego z blogów ZnadPlanszy.pl oraz jako założyciela wydawnictwa, dzięki któremu mamy polskie wydania takich gier jak „Cthulhu Światy”, „Wiek Pary”, „Simurgh”, czy też „Orlean”. Część z nas (w tym i ja) poznała go już jednak wcześniej, ale zapewne nie wszyscy wiedzą, że widniejące na okładce „Plagi tej ziemi” czy też „Psalmodii”, nazwisko autora to nie przypadkowa zbieżność. W naszej rozmowie pisanie książek to jednak tylko punkt wyjścia do bardziej interesujących nas graczy tematów. Czy bycie wydawcą daje satysfakcję? Jak wydaje się gry? Czy wydawanie społecznościowe jest pozbawione wad? Wyciąganie wniosków z porażek to przepis na sukces? To tylko kilka pytań z wywiadu, w którym jak zwykle chciałem pokazać, że gdzieś tam za tytułem gry lub logotypem wydawnictwa jest człowiek.

Czytaj więcej

„Santorini”. 30 sekund na zasady = N godzin zabawy

Mało jest gier, które by tak szybko podbiły nasze serca. A opowieść o niej zaczyna się jak na mnie dosyć typowo: pewnego razu zobaczyłem zdjęcia ślicznie wyglądającej gry. Przestrzenne komponenty, świetne grafiki na kartach, no bajka. Szybkie przeszukanie internetu i jest na Kickstarterze. Szukam wspólnego zamówienia na forum. Jest. Kupione. Potem osiem miesięcy czekania i SMS od kuriera. Otwieramy. Na buziach samoistnie występują uśmiechy na widok komponentów. Gramy? Jasne! I tak zostało do teraz i pewnie długo się to nie zmieni. Poznaj magię „Santorini”.

Czytaj więcej

„Vikingdoms”. Nordycka logika z europejskim zacięciem

W zasadzie to lubię gry logiczne i z przyjemnością grałbym w więcej gier tego typu, ale mam z nimi jeden problem. Chodzi o ich abstrakcyjność, która w większości przypadków musi objawiać się ich równie abstrakcyjnym wyglądem. Ale dajcie mi trochę miłej dla oka oprawy graficznej, lekkiego powiewu klimatu, na którym mógłbym się skupić podczas obmyślania strategii, a wtedy z przyjemnością zasiądę do każdej takiej gry logicznej. Nie muszę zresztą daleko sięgać wzrokiem, bo takie tytuły jak „Hive”, „Let’s Catch the Lion”/”Yōkaï no Mori” czy też „The Duke” są i będą stałymi elementami mojej półki z grami. Dojdzie do tego również zapewne i „Santorini”, ale to już temat na inny wpis.

Czytaj więcej

„Imhotep”. Inżynierowie z egipskiej budowy

Mamy już nowy rok i znając życie już niedługo o grach ubiegłorocznych będziemy pisali, że są stare. Niestety. Czy tego chcemy, czy nie, ale zalew nowych tytułów odbija nam się coraz częściej czkawką i o niektórych grach nie mówi się wcale lub mówi się mało. Jedną z nich jest „Imhotep”, która trafiła do mnie pod koniec roku. Całe szczęście, że udało mi się o niej wspomnieć przynajmniej podczas ostatnich Rozmów.ZP i dzięki temu sumienie mam trochę spokojniejsze. Jest to jednak jedna z lepszych gier, w jakie miałem przyjemność zagrać w roku 2016, dlatego żeby całkowicie je uspokoić muszę napisać o niej coś więcej. Jeszcze jedna uwaga przed lekturą: można się przy niej rozgrzać. Wprawdzie nie dzieje się to za sprawą ciepła bijącego z jej egipskiego klimatu (tutaj raczej głowa działa na zasadzie grzałki przepływowej), ale i tak warto się nią zainteresować, bo za oknem raczej gorącego słońca teraz nie uświadczysz.

Czytaj więcej

„Fields of Green”. Pośród pól, kur i stodół, czyli matematyczne rolnictwo

Czasami zastanawiam się czy tylko mieszczuchy pałają taką chęcią kontaktu z tematyką rolniczą w grach planszowych. Czy osoby, które na co dzień mają do czynienia z tym ciężkim zawodem, też tak chętnie siadają w chwilach wolnych do gier, w których trzeba zajmować się sprawami, które są dla nich chlebem powszednim? Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy i fascynacja rolnictwem, a zwłaszcza techniką, tkwi we mnie od dziecka, choć nie wiem skąd się to właściwie wzięło.

Potraktuj więc z wyrozumiałością fakt, że gdy zobaczyłem pierwsze informacje o kampanii na Kickstarterze związanej z wydaniem gry „Fields of Green„, to mechanika miała dla mnie  drugorzędne znaczenie i liczyło się tylko jedno: budujesz własne gospodarstwo! Proza życia niestety nie pozwoliła mi kupić gry podczas kampanii, ale na szczęście trafiła on do mnie teraz. W dodatku gra nie okazała się tylko tematyczną wydmuszką, dlatego z tym większą przyjemnością chcę ci o niej opowiedzieć.

Czytaj więcej

„Star Wars: Przeznaczenie”. Star Wars + kości = WM

Na wstępie może od razu zdradzę mój mały sekret. Boję się gier LCG i ogólnie gier kolekcjonerskich. Znam siebie. „Netrunner” pokazał mi, że jak bardzo łatwo wpaść mi w szał zakupowy związany z tego typu grami. Niby wszystko dostajemy już złożone i można takimi zestawami grać bez problemu, ale zawsze gdzieś tam pod czaszką zapala się lampka związana z zakupami i chęcią posiadania kolejnego, kolejnego i jeszcze jednego zestawu, żeby tylko bardziej podkręcić swoją talię i zwiększyć jej możliwości. Dlatego szerokim łukiem obchodziłem karciankę „Gwiezdne Wojny LCG”, bo wiedziałem, że jeżeli z cyberpunkiem udało mi się wyrwać z nałogu, to już ze starwarsami tak łatwo nie będzie. Przecież to moje ukochane Gwiezdne Wojny! Kiedy w LCG mamy jeszcze wiedzę co kupujemy w zestawach, to przy CCG (kolekcjonerskie gry karciane) ocieramy się o czystą loterię i na pierwszy rzut oka tylko szaleniec z dużym zasobem funduszy chciałby inwestować w grę w takim formacie. „Star Wars: Przeznaczenie” to może nie do końca CCG z definicji, bo są tu też kości, ale to wciąż gra kolekcjonerska tego typu, z którą ja przegrałem. Bądź więc świadkiem jak kości i zakorzeniona od najmłodszych lat miłość do Gwiezdnych Wojen zdruzgocze moją silną, wydawałoby się, wolę.
Czytaj więcej