Unlock! Czy kupić grę jednorazową? Sprawdzam

Unlock!” to jedna z tych gier, która podobnie jak „Pandemic: Legacy” i „T.I.M.E Stories”, jeszcze przed premierą stanie się źródłem niejednej dyskusji nad sensem kupowania gier jednorazowych, gier w które zagra się raz i w zasadzie można je potem spokojnie wrzucić na dno szafy i zapomnieć. Ale zanim zadamy sobie to tytułowe pytanie, to wpierw zobacz czym właściwe jest, a raczej czym będzie, „Unlock!”.

Dzięki reklamom, na które na pewno się już w sieci natknąłeś wiesz, że jest to swego rodzaju planszowe odwzorowanie „escape roomów”, czyli zabawy w odnajdowanie wyjścia z danej sytuacji – pokoju za pomocą porozrzucanych/ukrytych w nich zagadek, które krok po kroku doprowadzą cię do wielkiego finału. Zagadki te mogą rzucać się w oczy, ale również mogą być to na pozór nic nie znaczące elementy wystroju, wyposażenie, drugoplanowe fragmenty jakiś obrazów lub na przykład lecąca w tle muzyka, dźwięki. W zasadzie wszystko w miejscu, w którym toczy się zabawa ma jakiś ukryty sens. I cała radość z tej przygody wynika właśnie ze znalezienia połączeń pomiędzy poszczególnymi elementami tej przestrzennej układanki.

I tym właśnie według zamysłu autorów ma być „Unlock!”. Ja nie miałem jeszcze okazji poznać całej gry, ale dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebel (bardzo dobrze odrobiona lekcja z marketingu szeptanego), podobnie jak inni recenzenci, otrzymałem wersję demo, która zawierała wprowadzenie (talia dziesięciu kart) oraz jedną misję (talia dwudziestu kart), która nie będzie dołączona do wersji finalnej.

Jedna zagadka to zamknięta przygoda, która fizycznie odpowiada talii oznaczonych (głównie ponumerowanych) kart. Dodatkowo podzielono je na kolory, które informują o typie danej karty. Jest to ważne, ponieważ bez tego trudno by było poruszać się po świecie wykreowanym przez mechanikę gry.

Uwaga: celowo używam w większości wypadków wymyślonych przykładów, żeby nie psuć ci zabawy, ale jednocześnie chcę pokazać czego możesz się w grze spodziewać.

Obie zagadki zaczynają się od wyłożenia karty pomieszczenia, więc pewnie można przyjąć, że będzie to standardowe rozpoczęcie każdej historii. Na karcie widoczne są numerki szarych kart, które musisz wyciągnąć z talii i odsłonić. Karty tego koloru to głównie przedmioty, które widzisz, a które czasami mogą ulec zmianie, np. szafa może być przesunięta i odsłonić swoją tylną ścianę lub telewizor można włączyć i zobaczyć lecący na nim film. Zawsze w takim wypadku jedna szara karta jest zastąpiona drugą pokazującą przedmiot w nowym stanie.

Podstawową zasadą w grze jest możliwość, a nawet konieczność łączenia kart czerwonych z niebieskimi, co w konsekwencji umożliwi odsłonięcie nowej karty o numerze będącym sumą numerów kart wyjściowych. Jest to podkreślana reguła, ale musisz być świadom, że czasami będziesz podpuszczany, żeby to zrobić, ale będzie to tylko sprytnie zaaranżowana sytuacja, która ma cię tylko zmylić i poprowadzić złą ścieżką. W konsekwencji możesz otrzymać kary. A jakie, to za chwilę się dowiesz, gdy zacznę omawiać pewien niezbędny element zabawy w „Unlock!”

Karty żółte są zablokowane, a do poznania ich sekretu niezbędny będzie czterocyfrowy kod, który będziesz musiał odgadnąć na podstawie tego, co widzisz na odkrytych kartach. Podpowiedzi te czasami są widoczne gołym okiem (np. liczba przedmiotów w czterech kolejnych pojemnikach ustawionych na laboratoryjnym stole), ale czasami będziesz musiał mocniej zaangażować szare komórki i na przykład ułożyć w odpowiednim szeregu liczby tych elementów w kolejności, która odpowiada kolorom widocznym na zupełnie przypadkowym obrazie widocznym na innej karcie, a które odpowiadają kolorom tych pojemników. Spostrzegawczość podkręcona do maksimum to tutaj klucz do sukcesu.

Ostatni typ kart to karty zielone, nazwane maszynami i faktycznie są to urządzenia, które w jakiś sposób musisz uruchomić, otworzyć lub na przykład wprawić w ruch. Ale tego jak to zrobić musisz się, podobnie jak w przypadku kart żółtych, domyśleć na podstawie widocznych wskazówek. Odpowiednie ustawienie przełączników, właściwe ustawienie w terenie, połączenie odpowiednich przekładni lub gniazd, to kilka dobrych tropów którymi tutaj powinieneś się kierować podczas rozwiązywania tajemnic maszyn. W wyniku działania maszyny otrzymasz kod, który możesz gdzieś użyć lub niebieską/czerwoną liczbę, którą będziesz mógł dodać do liczby widocznej na czerwonej/niebieskiej karcie.

I tak w zasadzie wygląda cała rozgrywka. Cała zabawa to przeglądanie kart i szukanie wskazówek, które pomogą ci odkryć kolejne karty, aż uda ci się rozwiązać całą zagadkę. Ale nie licz na spokojne prowadzenie śledztwa, bo wszystko co robisz ma swoje konsekwencje w czasie, który wciąż upływa i zmniejsza jego wyznaczoną na początku gry pulę. Tak, „Unlock!” to gra na czas, który odmierzany jest za pomocą specjalnej aplikacji. Na rozwiązanie każdej zagadki mamy 60 minut.

Już widzę, że się marszczysz i zniechęcasz, bo wiadomo, że nie po to gramy w planszówki, żeby babrać się w elektronice. Ale ta elektronika bardzo dobrze się tutaj sprawdza i nie tylko zastępuje kilka analogowych klepsydr z przesypującym się piaskiem, ale również wprowadza do gry elementy, które trudno byłoby zastąpić standardowymi komponentami. A już na pewno nie po niskich kosztach. Co w takim przypadku? To jest właściwe pytanie, które warto sobie zadać przed rozpoczęciem narzekania na wykorzystywanie mobilnych aplikacji w grach. Pewnie świat bez elektroniki miał swoje zalety, ale nie nakładajmy sobie jakichś sztucznych barier na technikę w grach planszowych tylko dlatego, że nie pasuje to teoretycznie do ich niecyfrowego charakteru. Dobrze wpasowana w grę aplikacja, to bardzo dobre rozwiązanie, które nie tylko nie psuje wrażenia w obcowaniu z grami planszowymi, ale jeszcze dodaje wartości, których bez niej nie można by było w nich osiągnąć, a co zdecydowanie może polepszyć jej odbiór. I w „Unlock!” tak właśnie jest.

Aplikacja to nie tylko licznik czasu, jaki pozostał nam do zakończenia gry, ale również generator potrzebnych do rozwiązania zagadek dźwięków oraz srogi arbiter, który ukarze nas za niewłaściwe wpisanie kodu lub wykonanie jakiejś czynności. Kary te, to zmniejszenie dostępnego czasu, ale o ile typowe trzy minuty możesz jakoś przeboleć, ale odjęcie trzydziestu, gdy na przykład niepotrzebnie wsadziłeś gdzieś rękę uruchomiając taśmociąg, to już jednak bardzo bolesna kara, która wpływa na przyśpieszenie pracy serca i nerwowe próby odgadnięcia na szybko nurtującej cię zagadki. Upływający czas bardzo szybko stanie się twoim wrogiem numer jeden.

Aplikacja bardzo szybko zostaje normalnym elementem gry i zapomnisz o jej cyfrowej formie i będziesz ją jedynie odbierać jako źródło frustracji z powodu widoku upływającego czasu, miejscem gdzie musisz wpisać kod, żeby ruszyć z przygodą lub źródłem wskazówek, które możesz wykorzystać (wpisujesz numer kary i dostajesz jakieś naprowadzenie), ale trzeba mieć świadomość, że korzystanie z nich wpłynie na końcową ocenę twoich starań.

Zostawmy już mechanikę i zajmijmy się wrażeniami z gry. Po rozegraniu scenariusza wprowadzającego miałem mieszane uczucia. Wszystko było za szybko, za łatwo i nie było to, czego się tutaj spodziewałem. Gdzie to napięcie, gdzie tajemnica, gdzie chęć zrobienia kolejnego kroku? Karta do karty, proste zagadki i… koniec. Brawo, udało się, ale rewelacji nie było. Czar prysł.

Obok leżała talia z przygodą „Elite”. Trochę niechętnie po nią sięgamy, ale skoro już siedliśmy do gry, to dajmy szansę pełnej zagadce. Rozkładamy talię, wykonujemy polecenia z pierwszej karty, pojawiają się pierwsze przedmioty, pierwsza zagadka. Ponownie prościzna. Czerwona do niebieskiej i po sprawie. Rozczarowanie. Ale jedziemy dalej i bierzemy się za drugą… drugą… drugą. I wtedy właśnie zaczęła się prawdziwa zabawa i to tak konkretnie, z mocnym akcentem. Od tego momentu poczuliśmy o co naprawdę chodzi w „Unlock!” i jakiego rodzaju zabawy i emocji należy się tutaj spodziewać.

To naprawdę emocjonująca walka z czasem i zagadkami, które potrafią zaskoczyć swoim rozwiązaniem lub sprytnie poprowadzić fałszywym tropem. Są tu nie tylko oczywiste rozwiązania, ale też sprytnie zawoalowane podpowiedzi, czasami ukryte na zupełnie innych kartach niż sugeruje to zagadka, ale po odgadnięciu jest ta miła myśl „przecież to logiczne, dlaczego od razu na to nie wpadłem„, nie ma więc tu problemu, że coś jest przekombinowane i że nie uda się tego nigdy odgadnąć, choć nie powiem, czasami można poczuć się sfrustrowanym kiedy nie widzisz rozwiązania, a przecież wszystko jest już odkryte. Jest nie tylko ciekawie, a przy tym masochistycznie nerwowo, bo dzięki aplikacji i zmieniającym się warunkom czasowym i ten upływający czas jest wręcz namacalny.

Za pierwszym razem nie udało nam się odkryć całej zagadki, ale nawet nie patrzyliśmy na zegarek (graliśmy późnym wieczorem), tylko od razu zaczęliśmy grać po raz drugi. Gra potrafi przytrzymać graczy przy sobie i ma to coś, co każe ci siedzieć przy niej aż do końca, a satysfakcja z rozwiązania bardzo miło łechce nasze szare komórki.

Zanim przejdziemy do podsumowania, to mam jeszcze dla ciebie dobrą radę. Żeby móc faktycznie przygotować się do scenariuszy, które znajdziesz w grze pudełkowej, lepiej ściągnij sobie wersję Print&Play z tej strony strony (podobno Rebel ma opublikować wersję polską), wydrukuj i zagraj. Scenariusz wprowadzający nie pokazuje wszystkich sytuacji, które możesz spotkać na swojej drodze. Na początku kilka razy zablokowaliśmy się w „Elite” ponieważ myśleliśmy w niej według schematów poznanych we wprowadzeniu. Okazało się, że lepiej zaufać własnym skojarzeniom i myśleć bardziej globalnie. Tak zapewne będzie trzeba podejść do zagadek pudełkowych, ale tego nie nauczy załączone do niego wprowadzenie.

Zastanawiasz się pewnie jak to wygląda od strony liczby graczy biorących udział w zabawie. Faktycznie sam się nad tym zastanawiałem  i wydaje mi się, że liczba osób nie ma tutaj znaczenia, bo bawić się tutaj możesz dobrze zarówno sam, jak i z kimś, przy czym dodatkowe osoby na pewno wprowadzają do zabawy efekt wspólnego przeżywania przygody, ze wszystkimi związanymi z tym dodatkami, czyli dyskusją, niepewnością właściwej decyzji, irytacją i radością, którą potrafi dostarczyć tylko żywy partner.

Kolejna wątpliwość, która może się zrodzić, to taka czy nie lepiej pograć samemu lub wspólnie z kimś na przykład w grę przygodową na komputerze, skoro i tak używamy aplikacji. Wiesz co? Usuń sobie z głowy „problem” aplikacji w „Unlock!”. Ona nie jest problematyczna, ale jest dobrze i sensownie wkomponowana w grę. Nie róbmy problemów tam gdzie ich nie ma. Komórki zawsze mamy i nieraz podczas gry patrzymy na nie jak na zegarek, więc w tym wypadku nawet nie poczujesz, że musisz używać czegoś niezgodnego z duchem analogowych planszówek. A wracając do porównania z przygodówkami, to grając na komputerze nie osiągnie się tego samego efektu co tutaj. Trudno wpatrując się w monitor poczuć, to szczególne uczucie związane z namacalnym kontaktem z zagadką, kiedy pochylacie się głowa przy głowie się stołem, przekładacie karty, dopasowujecie je do kolejnych układów, podnosicie i przypatrujecie się im z bliska, bo a nuż coś nam umknęło, a mając to przy oku, na pewno na to wpadniecie. Analogowy kontakt z taką formową zabawy jest w tym wypadku nieodzowny, bo przecież to ma być odwzorowanie escape roomu, tego prawdziwego, więc przynajmniej tak możemy sobie w domowym zaciszu odwzorować kontakt z otoczeniem i z przedmiotami. Szklane ekrany to tutaj jak oglądanie ciastek zza szyby na witrynie cukierni.

Jest jeszcze jedno pytanie, które pada przy tego typu tytułach. Czy to jest właściwie gra planszowa? Pewnie mógłbym cię przekonywać, że są karty, jest gra na czas, są gracze, więc co to jest jak nie gra planszowa? Ale powiedzmy sobie szczerze, czy potrzebujesz tego typu kategoryzowania, żeby się dobrze bawić? „Unlock!” to zabawa i tak powinieneś ją rozpatrywać. Wszystko inne to tylko terminologia, na którą szkoda marnować czasu.

Na koniec zostawiłem, to co dręczy zapewne niejednego z was. Czy warto wydać pieniądze na grę jednorazową? Wydawnictwo Rebel ustaliło cenę sugerowaną na poziomie 120 zł – 130 zł. Myślę, że w sklepach kupisz ją za 100 zł. W pudełku znajdziesz 3 zagadki, czyli jedna wychodzi za jakieś 33 zł. Czy to dużo? Nie jest to łatwa odpowiedź, zwłaszcza, że z tego typu grą mamy w zasadzie pierwszy raz do czynienia.

Pewnym punktem odniesienia mogą być dodatkowe scenariusze do gry „T.I.M.E Stories” (cena około 90 zł). Tam też w masz do rozwiązania zagadkę, choć nie jest ona na takim poziomie skomplikowania jak tu, bo tam jest to raczej przygoda z zagadkami, a tutaj nacisk jest głównie położony na same zagadki, a opowieść to tylko łączące je tło i sama historia nie jest tutaj aż tak ważna.

Łączy je natomiast jednorazowość. Obie gry po skończeniu można właściwie odłożyć na najwyższą półkę, sprzedać lub komuś podarować, bo ciężko wykrzesać w sobie te same emocje związane z odgadnięciem tajemnicy/zagadki, gdy się zna jej finał/rozwiązanie.

W przypadku obu gier troszeczkę inaczej jest z czasem, który poświęcimy na zabawę. Dodatkowy scenariusz „T.I.M.E Stories” prawdopodobnie przejdziesz w ciągu jednego wieczoru. „Unlock!” zajmie teoretycznie trzy, bo jedna zagadka powinna dać wystarczającą porcję zabawy na jeden wieczór. Zakładając, że chcesz się nią smakować, bo oczywiście jak się uprzesz, to skończysz całość pewnie i za jednym posiedzeniem. Chociaż nie jestem tak do końca tego pewny, bo jedna pudełkowa przygoda składa się z sześćdziesięciu kart, a „Elite” tylko z dwudziestu, a już nawet przy takiej liczbie kart poświęciliśmy na to sporo czasu.

Kiedy już porównujemy te dwa tytuły, to warto jeszcze powiedzieć coś na temat wrażeń z obu gier. Pod tym względem u mnie zwycięża zdecydowanie „Unlock!”. Niestety może to wina mojego doświadczenia z serią  „T.I.M.E Stories”, która obejmuje jedynie pierwszy, podstawowy scenariusz, ale tajemnica w nim zawarta, próba jej odgadnięcia i sam finał, nawet małym stopniu nie wygenerowało we mnie takich uczuć jakich doświadczyłem podczas szukania połączeń pomiędzy elementami karcianego escape roomu, znajdowania rozwiązań zagadek, walki z czasem i samego finału, kiedy czujesz, że naprawdę rozwiązałeś tajemnicę opowiedzianą w danym scenariuszu.

Jeżeli porównanie tych obu gier jest dla ciebie mało pomocne w podjęciu decyzji, bo może nie grałeś w  „T.I.M.E Stories”, to w takim przypadku proponuję zadaj sobie pytanie, czy chcesz poświęcić koszt trzech książek (np. kryminałów), żeby zapewnić sobie lub innym zabawę na jeden wieczór? Czy zamiast pójść samemu trzy razy do kina na film sensacyjny lub przygodowy, to czy będę czuł się tak samo rozwiązując sam lub z kimś podobnego typu zagadki? Takie pytania warto tutaj sobie zadać, bo mówimy w zasadzie o podobnego typu „jednorazowości”.  Oczywiście trochę generalizuję, bo np. książki możesz przeczytać kolejny raz, ale z drugiej strony możesz też czerpać radość z zagrania z kimś nowym jeszcze raz w „Unlock!” i obserwowania jak on sobie radzi.

Mam nadzieję, że ci pomogłem. Wiem, że moje odpowiedzi niekoniecznie do ciebie mogą przemawiać, ale niestety tego typu gry będą miały pewnie tylu samo zwolenników/fanów, co przeciwników. „Unlock!” to zdecydowanie dobry tytuł, ale przy takich grach sprawa kosztów, nie jest czymś co można generalizować i każdemu wmawiać, że jest on wart swojej ceny, bo każdy z nas ma inne potrzeby w stosunku do gier i możliwości finansowe. Do jednorazowego „Pandemica: Legacy” namawiam każdego, bo koszt gry na pewno się zwróci. Tutaj jednak jednoznacznej odpowiedzi nie potrafię udzielić. Jestem jednak pewien, że podejmiesz właściwą decyzję. Musisz tylko przemyśleć wszystkie plusy i minusy. Pamiętaj, że to wciąż tylko gra i jeśli nie jesteś do końca przekonany, to nie ryzykuj.

P.S. Podczas niedawnych targów w Cannes można było na stoisku Space Cowboys otrzymać dwa kolejne scenariusze demo. Czy będzie kiedyś szansa pobrania ich po polsku? Rebelu?

 

Century: Korzenny Szlak
Jorvik
  • A jak jesteśmy przy Cannes i tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Gier, to właśnie przeczytałem, że „Unlock!” dostało na niej nagrodę „Game of the Year As d’Or for 2017”. Nie znam historii tej nagrody, ale jest ona podobno prestiżowa :)

  • Jest już polska wersja dema gry. Zaktualizowałem wpis.