x-wing

X-Wing: Przebudzenie Mocy. Kosmiczny bitewniak prawie dla każdego

Gwiezdne Wojny to część mojego życia. Oglądałem jak tylko była okazja każdą część sagi (pogodziłem się już nawet z załamującym Jar Jar Binksem), zbierałem figurki (kiedyś wygadały one tak), wycinałem zdjęcia i obklejałem ściany swojego pokoju plakatami. Gwiezdne Wojny wciągnęły mnie w swoje uniwersum w sposób całkowity w dzieciństwie, a obecnie miłość ta wciąż trwa i ma się bardzo dobrze. I wciąż są chwile kiedy potrafi mnie coś zaskoczyć w tym temacie. Serię „X-Wing” do tej pory omijałem szerokim łukiem, bo nie widziałem siebie jako pilota kosmicznych myśliwców. Gry planszowe to jedno, ale bitewniaki? Miło być zaskoczonym, a jeszcze milej zostać zaskoczonym przez produkt związany z Gwiezdnymi Wojnami. Uwaga, nadlatują myśliwce z „X-Wing: Przebudzenie Mocy„.

Opisana w tekście gra została przekazana przez wydawnictwo Galakta.

Napiszę to od razu jeszcze raz, żeby nie było nieporozumień. Nigdy do tej pory nie grałem w „X-Winga”, a ten tekst powstał po to, żeby pokazać tę grę z punktu widzenia właśnie takiego początkującego gracza. Nie będę się więc tu silił na opisywanie przebiegłych taktyk, zachwalania szczegółów poszczególnych myśliwców lub snuł planów łączenia ich w niezniszczalne eskadry. Tego tu nie znajdziesz, to zostawiam asom przestworzy. Tekst ten powstał po to, by pokazać, że w „X-Winga” może grać każdy i nie trzeba do tego wydawać dużo pieniędzy, żeby się dobrze bawić.

Sama seria istnieje na rynku już od kilku lat, ale wydany niedawno kolejny zestaw podstawowy ma ponownie pomóc wkroczyć nowym graczom w świat kosmicznych bitew. Nie oszukujmy się, jego nazwa oraz tytuł kolejnej części Gwiezdnych Wojen, które obejrzymy w grudniu nie są  przypadkowe, ale chyba nie tylko ja wiem jak działa ten biznes. Mnie to nie przeszkadza, bo liczy się jakość produktów, które trafią na rynek na fali nadchodzącej premiery. O jakość gry z serii nie musimy się martwić. Galakta wydała po raz kolejny produkt wysokiej jakości.

W dosyć małym pudełku znajdziemy zaskakującą liczbę komponentów (żetonów, kart, wzorników), a w tym, to co rzuca się w tej grze od razu w oczy, czyli pomalowane już trzy modele myśliwców. Zwolennicy kroczenia jasną stroną mocy będą mogli zasiąść za sterami tytułowego X-Winga ruchu oporu, a pozostali poczują legendarną zwrotność imperialnych TIE Fighterów.

Nie przesadzam z tym „siadaniem za sterami” i poczuciem zwrotności, bo mechanika gry, którą będziesz wykorzystywał do poruszania swoich modeli bardzo ciekawie przenosi realizm kosmicznych bitew na stół. Nigdy nie kierowałem samolotem, ale jak wielu, po tylu latach medialnego „doświadczenia” lotniczego, wiem czego można się po lataniu spodziewać, a od pojazdów latających  wymagać. Niech to będzie taka łagodna wersja w stylu „nie znam się, ale się wypowiem”.

Przyśpieszenia, ostre i łagodne zwroty, nawroty (beczki, pętle), uniki oraz ataki, to wszytko osiągniesz tutaj dzięki tylko kilkunastu kartonowym wzornikom i kilku rodzajom akcji, a najważniejsze sprytnie podzielenie instrukcji na dwie części bardzo szybko pozwoli ci się tym cieszyć. Po kilku stronach instrukcji podstawowej będziesz mógł zacząć latać i stoczyć swoją pierwszą bitwę, potem kolejne strony tej same instrukcji wprowadzą cię w bardziej zaawansowane techniki prowadzenia walk, a koniec, kiedy już będziesz czuł się na siłach, to pełna instrukcja odpowie na wszystkie pytania i wątpliwości. Podobny podział instrukcji spotkałem w „Warhamerze 40000: Podbój” i już wtedy bardzo mi się to spodobało, a tutaj tylko potwierdziły się moje odczucia.

Latanie i wszystkie związane z tym akrobacje są w zasadzie bardzo prosto przeniesione do realiów gry bitewnej. Wykorzystujemy do tego specjalne wzorniki, które posiadają nie tylko różne kształty, cyferki określające prędkość, ale również specjalne oznaczenia pozwalające na wykonanie prostych oraz bardziej karkołomnych ewolucji. Wybrany wzornik przystawiamy do specjalnych wypustek na podstawce modelu i przekładamy nasz model na drugi koniec wzornika. Trochę więcej zabawy jest ze specjalnymi ruchami typu beczka i innymi nawrotami, ale trochę praktyki, szczypta przestrzennej wyobraźni i twoi przeciwnicy już nigdy nie będą pewni czy nie pojawisz się na ich ogonie lub po błyskawicznym nawrocie nie zaatakujesz ich z flanki.

Mechanika latania jest rewelacyjna i aż trudno uwierzyć, że działa to tak dobrze dzięki wykorzystaniu takich prostych zasad i rekwizytów. Wspomniana przed chwilą wyobraźnia przestrzenna jest tutaj wprawdzie potrzebna, ale praktyka pozwala to nadrobić w przypadku gdy masz z tym problem. Po kilkunastu ruchach wszystko staje się logiczne i w zasadzie potem samoczynnie wybierasz właściwy wzornik lub wykonujesz odpowiednią akcję.

W kosmicznych walkach jednak nie tylko zaplecze techniczne się liczy, ale ważny, o ile nie najważniejszy jest pilot. To on podejmuje decyzje i reaguje na zaistniałe sytuacje. Tutaj pilotem, ale również i strategiem koordynującym działania wszystkich swoich statków będziesz ty, więc odpowiedzialność za losy bitew spoczywa w twoich rękach. Przekuwanie planów w czyn oraz podejmowanie strategicznych decyzji odbywa się za pomocą niepozornego „kółeczka” – wskaźnika manewrów. Przypomina on licznik ran znany z innych gier, tylko zamiast samych cyfr znajdują się na nim jeszcze strzałki i symbole określające jaki ruch chcesz wykonać każdym statkiem. Na początku rundy taką decyzję podejmiesz w ukryciu dla każdej jednostki, a potem w kolejności związanej z umiejętnościami pilota będziecie je ujawniać i wykonywać manewr z wykorzystaniem odpowiedniego wzornika – najpierw polecą nerwowi nowicjusze, a później wytrenowani w bojach weterani, dla których tego typu działania są chlebem powszednim.

Tutaj ponownie można poczuć klimat wpisany w mechanikę. Najpierw niewiadoma kosmicznego pojedynku, kiedy nie wiesz co zrobi pilot przed tobą, a potem widzisz czy wyczułeś jego zamiary, czy też będziesz musiał w przyszłości nadrobić stracony dystans lub modlić się o to, żeby twój manewr nie zbliżył cię za bardzo do morderczych działek zainstalowanych na pokładzie twojego wroga.

Dodatkowo dochodzi tutaj stres, który bardzo często towarzyszy pilotom i to nie tylko myśliwców z Gwiezdnych Wojen. Część z manewrów na wskaźniku zaznaczonych jest na czerwono, żeby zaznaczyć ich skomplikowanie lub trudność. Pozwalająca na szybką zmianę kierunku lotu Beczka Tallona, Koiogran czy też Pętla Segnora, to właśnie takie trudne manewry i nie ma co się dziwić, że wywołują stres. W grze oznaczamy takiego pilota specjalnym znacznikiem i do czasu kiedy nie opanuje on swoich  nerwów (nie wykona niestresującego, łatwego manewru oznaczonego na zielono), to nie może on szaleć i wykonywać kolejnych trudnych ewolucji. W grze takie oddanie rzeczywistości bardzo dobrze działa i zapobiega niespodziewanym i irytującym w konsekwencji zwrotom akcji, które mogłyby przedłużać grę w nieskończoność. A tak wprawdzie wróg może ci uciec i zaatakować niespodziewanie z boku dzięki takiej beczce Tallona, ale potem to ty będziesz mógł pokazać mu co o nim myślisz, bez zastanawiania się czy ponownie ci zwinnie nie ucieknie.

Latanie jest przyjemne, ale w walce nie o to przecież chodzi. Żeby wygrać musisz zestrzelić wszystkich oponentów, albo przegrasz samemu ginąc. To nie jest zdecydowanie gra dla miłośników pokojowego rozwiązywania konfliktów. W fazie walki na scenę wchodzą kości. W zależności od siły ataku atakującego i wartości obrony statku atakowanego rzucamy odpowiednią liczbą kości. Statki mają różne wartości tych parametrów i starają się oddać tym typ statków.

Atakujący (tym razem pierwszeństwo mają tu piloci doświadczeni) rzuca swoimi kośćmi (czerwone), a obrońca swoimi (zielone), a później porównywane są wyniki obu tych rzutów. Trafienia anulowane są przez wyrzucone oznaczenia uników, a pozostałe niestety (lub na szczęście, w zależności od punktu widzenia) trafiają w cel.

Fani gier bitewnych są przyzwyczajeni do losowości tego typu gier, ale miłośnicy obecnych gier planszowych mogą mieć z tym problem. Na szczęście możemy na tę losowość tutaj wpłynąć wykorzystując specjalne zdolności naszych statków/pilotów, które deklarujemy jeszcze przed fazą ataku. Jeżeli dostatecznie się skupimy, to podczas walki będziemy mogli zwiększyć swoją szansę na trafienie, ale również uniknąć tego w chwili kiedy się bronimy. Obrońca ma jeszcze szansę na dodatkowy unik (akcja), który mocno docenisz w chwili kiedy będą się do ciebie zbliżać nieubłaganie pociski przeciwnika oraz na wykonanie beczki, która pozwoli ci się lepiej ustawić i skorygować lot. Atakujący za to dzięki namierzaniu, będzie mógł ponownie wykonać wcześniej chybiony atak (przerzut kości) i spróbować trafić cel. Szczęśliwcy dysponujący dopalaczami na swoich statkach mogą w tej chwili z nich skorzystać i przedłużyć swój lot.

Warto w tym momencie wspomnieć o zasięgu myśliwców, bo nie jest tak że będziesz strzelał jak ci się podoba i pasuje. Każda jednostka ma zaznaczony na podstawce zakres ostrzału, a specjalna linijka określa dodatkowo jego zasięg (1-3). Jest to kolejny element klimatyczny w zastosowany w mechanice walki, który pokazuje jak zasięg dział myśliwców wpływa na przebieg bitwy. Jeżeli statki są od siebie bardzo oddalone (3), to wtedy trudniej w coś trafić (obrońca rzuca dodatkową kością), a jak masz przeciwnika na widelcu (1), to szanse powodzenia ataku rosną (atakując rzucasz dodatkową kością).

Czasami nie wystarczą same zdolności pilota i przyjdzie ci się zmierzyć z trafieniami. Twój przeciwnik będzie świętował, a ty w tym czasie sprawdzał nerwowo kontrolki na konsoli statku, czy wciąż jeszcze możesz walczyć. Na kościach są dwa typy trafień, ale każdy z nich możesz przetrwać dzięki osłonie (jedno trafienie jest anulowane przez jeden żeton osłony), której poziom jest uzależniony od typu jednostki. Pozostałe jednak na pewno dosięgną twojego statku. Uszkodzenia kumulują się z chwilą przekroczenia poziomu wytrzymałości kadłuba (również zależy od typu jednostki) powodując całkowite zniszczenie twojego myśliwca. Gorzej jest w przypadku uszkodzeń krytycznych, bo te oprócz uszkodzenia samego kadłuba zadają ci dodatkowe kary wypływające nie tylko na zdolności bojowe jednostki, ale również i na pilota.

Nie wiem jak w innych zestawach z tej serii, ale w „Przebudzeniu Mocy” oprócz typowych walk, będziesz jeszcze mógł uczestniczyć w misjach, które mają wprowadzić do gry znany (albo poznany w grudniu) z ekranów klimat. I faktycznie to działa. Teraz nie wystarczy już tylko zniszczyć statki wroga, ale np. przetrwać określony czasu pod ostrzałem wroga lub obronić uszkodzony statek w naszej eskadrze. W grze pojawiają się oprócz standardowych asteroid, dodatkowe elementy, które wpływają na jej przebieg. Poczujesz więc co w kosmicznej pustce potrafi zrobić niefrasobliwe napotkanie na swojej drodze jednej z min pola minowego lub jak stresująco działa zagłuszanie jednostek przez specjalne satelity. W tym zestawie znajdziesz trzy misje, ale mam wrażenie, że już wkrótce będzie ich coraz więcej, bo w zasadzie każdy może je stworzyć wykorzystując elementy tylko z tego zestawu. Mi rozgrywanie misji przypadło bardzo do serca, bo pozwalają one faktycznie poczuć się bohaterskim pilotem z Gwiezdnych Wojen. Ze zwykłych zabaw w kotka i myszkę, dzięki misjom „X-Wing” stał się grą przygodową nie tylko dla fanów sagi, ale również samych lotniczych potyczek.

Do tej pory przyglądałem się z boku wszystkim informacjom dotyczących kosmicznego bitewniaka od Galakty, bo oprócz wspomnianych wcześniej niepewności, obawiałem się również dużych kosztów wejścia w ten świat. Moje oddanie Gwiezdnym Wojnom ma swoje granice. Jednak dzięki „X-Wing: Przebudzenie Mocy”, zmieniłem zdanie. Okazuje się, że nawet zestaw podstawowy potrafi zapewnić długie godziny zabawy. Duża w tym zaleta dołączonych do zestawów misji, ale również sama mechanika przełożenia walki do planszowych realiów robi bardzo pozytywne wrażenie. Jednostki różnią się nie tylko nazwą, ale przede wszystkim manewrowością oraz możliwościami ataku i obrony. Wprawdzie walka to rzuty kośćmi, ale tylko całkowity ignorant mógłby powiedzieć, że grający nie ma wpływu na przebieg gry i jej wynik. Dodatkowo wszystko jest bardzo dokładnie opisane i próg wejścia jak na grę bitewną, jest tu dzięki temu zdecydowanie niski. W pełnych zasadach (ze względu na objętość tekstu nie opisałem tu wszystkiego) znajdziesz również mechanizmy dostępne w innych rozszerzeniach, co może być pomocne przy podjęciu decyzji dotyczących zakupu innych modeli. Nie mówię, że nie jest to kuszące, ale tak jak już napisałem, podstawka na początek daje wystarczająco dużo radości z grania i nie ma się uczucia, że bez rozszerzeń się tu nie obejdzie.

„X-Wing: Przebudzenie Mocy”, to gra w zasadzie dla każdego i jeżeli choć trochę czujesz sentyment do walk powietrznych, a do tego jesteś jeszcze fanem Gwiezdnych Wojen, to nawet przez chwilę nie powinieneś się zastanawiać przed zakupem. Zrobisz to dopiero później, wybierając, którą stroną konfliktu chcesz walczyć, a ciemna ścieżka jak wiemy przyciąga… Niech Moc będzie z tobą!

  • Tycjan, duży „lajk” za bycie fanem najlepszych filmów w historii! :)
    Co do samego X-Winga miałem podobne podejście. Gwiezdne Wojny kocham, ale zawsze jakoś omijałem tę grę szerokim łukiem.
    Złamałem się. Kupiłem podstawkę Przebudzenia Mocy i chyba wsiąknę…

  • Jan Zalewski

    Co do żenady Binksa polecam teorię o Darth Jar-Jarze. :)
    Co do x-wing też ostatnio myślę czy nie wsiąknąć. Kusi.

  • pelcu

    Weszedłem w ten klimat. Walka jest rzeczywiście intuicyjna. Nawet nowicjusz po trzeciej turze pokazowego ruchu poradzi sobie z samodzielną grą.
    X-wing sprawdza się doskonalne podczas walki z 10latkiem, jak i w układzie trzech na dwóch z kuplami przy piwku. Cena dodatków przy dobrej promocji zaczyna się od 35 zł (śledźcie wyprzedaże na empik – nie wiedzą co przeceniają ) do kilkuset za naprawde wspaniałe, choć nie wiem, czy grywalne modele. Na razie zakupy zakończyłem na klaskie średniej. (Czyli modele do 90zł)
    Możliwe skompletowanie bardzo fajnej eskadry już za 200-300zł.
    Walka, gdy gramy w pięciu „pilotów” po dwa pojazdy doskonale się sprawdza. Kilka ładnych nocek nad tym zrobiliśmy…
    Najnowsze modele rebeli B-wing i K-wing powalają jakością liczbą konfiguracji pilotów i uzbrojenia.