Ekspres IV: Vineta, Gaia

Zrobiłem sobie ostatnio planszówkowy rachunek sumienia i okazało się, że lubię praktycznie wszystkie gatunki gier, ale szczególnie cenię te z negatywną interakcją. Może i powinienem obawiać się opinii jakiegoś psychoanalityka, ale powbijać szpilę przeciwnikom lubię i już. Tym razem gry, o których chcę napisać mają jeszcze jeden wspólny mianownik, a mianowicie są o bogach, zarówno tych tworzących, jak i niszczących.

Niszczymy – „Vineta

Gra nie jest nowa i zasadniczo mało znana, a szkoda, bo przypadnie ona do gustu graczom lubiącym zmienną sytuację na planszy, ukryte cele i wspomnianą już wcześniej negatywną interakcję.

W grze jako jeden z bogów zatapiasz tytułowe miasto Vineta. Zbudowane jest ono z dziewięciu dzielnic oraz znajdujących się na nich domach w różnych kolorach. Na koniec gry zostanie tylko jedna dzielnica, na której mogą, ale nie muszą zostać jakieś domki. Jest to ważne, ponieważ przed rozpoczęciem rozgrywki wylosujesz potajemnie jedną dzielnicę oraz jeden kolor i to właśnie te wytyczne przyniosą Ci na koniec gry najwięcej punktów. Punkty zdobędziesz również za zebrane domy w innych kolorach, ale nie będą one już tak cenne.

Mechanika gry oparta jest na zagrywaniu kart z własnej talii. Wykładają je jednocześnie wszyscy gracze, ale odkrywa się je pojedynczo zgodnie z kolejnością. Tym samym nie znasz od razu intencji przeciwnika i musisz postarać się je przewidzieć.

Karty dzielimy na karty fal (wartości 1 – 4) oraz na specjalne, które wywołują określone akcje: możesz przenosić i zmieniać rozkład budynków miedzy dzielnicami, blokować dzielnice przed zmianami związanymi z takimi ruchami ze strony przeciwników, usuwać wcześniej wyłożone karty, zamieniać je miejscami pomiędzy różnymi falami (różne dzielnice) i wpływać na wysokość fali, która jest sumą wartości kart fal wyłożonych przy konkretnej dzielnicy.

Trzy tury, trzy karty i już wiadomo, która dzielnica zostanie zatopiona. Bogowie, którzy przyłożyli do tego rękę dzielą się zatopionymi domami pochodzącymi z tej dzielnicy, w zależności od liczby kart fal jakie na nią zagrali. Falę możesz rozpocząć sam, wykładając pierwszą kartę przed daną dzielnicą lub możesz dołożyć się do istniejącej już innej fali. W zależności od tego jak postąpisz będziesz musiał dzielić się lub nie zatopionymi budynkami. Oczywiście jeżeli fala, w której uczestniczysz będzie najwyższa i zatopi w tej rundzie dzielnicę.

Gra nie jest wskazana dla lubiących spokojne gry graczy, ale pozostali poczują się jak ryba w wodzie, a woda jak widać ma tu szczególne znacznie. Zasady są bardzo proste do wytłumaczenia, ikony na kartach zrozumiałe, a sama gra toczy się szybko i dynamicznie. Czyli jest to bardzo dobry tytuł rodzinny, bo wiadomo, że w takim towarzystwie wredne gry sprawdzą się bardzo dobrze.

W naszym przypadku bardzo często zapadała nad planszą wymowna cisza, bo psucie planów przeciwnikowi to chleb powszedni każdego boga. W pewnej chwili nie ma już możliwości blefowania i trzeba walczyć o naszą dzielnicę, ale na szczęście jej ocalenie nie jest warunkiem wygranej, więc strata naszej dzielnicy jest bolesna, ale nie śmiertelna.

W „Vinecie” bardzo ważne jest poruszanie budynkami i właściwe ich rozmieszczanie na planszy. Od tego, kto weźmie ile domków i w jakim kolorze zależy końcowy wynik gry. Mina przeciwnika, który zatopi pustą dzielnicę po twojej boskiej interwencji eksmisyjno-logistycznej jest bezcenna ;)

Jak widać na zdjęciach plansza gry zmienia się z rundy na rundę, a dzielnice znikają z niej rzeczywiście. Modułowa plansza zmniejsza się, a przez to robi się na niej ciaśniej, ruchy graczy są coraz bardziej ograniczone, a walka o dzielnice staje się bardziej zaciekła.

W dwie osoby gra się dobrze (liczba kolorów domków jest taka sama jak przy trzech graczach), ale przy 3+ bardziej wyczuwalny jest czynnik ludzki i związana z tym niepewność jak potoczy się runda. Losowo oczywiście jest, bo przecież karty dobieramy losowow dodatku później wystawiamy je jednocześnie. Jednak elementy te w połączeniu z blefem bardzo dobrze pasują i sprawdzają się w tego typu grze. Ostrzegam – „Vineta” jest wredna, ale jeżeli to ci nie przeszkadza, to koniecznie w nią zagraj.

1-2015-04-28 21.00.59


Budujemy – „Gaia

Tutaj dla odmiany będziesz jako bóg tworzył, a nie niszczył. No, może czasami zdarzy ci się gorszy dzień i coś tam rozwalisz. Wszystko będzie zależało jednak od wariantu rozgrywki jaki wybierzecie przed rozpoczęciem zabawy.

W podstawowym wariancie zabawa skupia się tylko na tworzeniu nowych terenów i miast, rozgrywka zaawansowana wprowadza negatywną interakcję między graczami i pozwala na przejmowanie miast, a w wariancie powiązanym z kataklizmami możemy faktycznie dodatkowo rozwinąć się destrukcyjnie.

W swojej turze wykonujesz dwie akcje, które mogą polegać na wyłożeniu lub dobraniu kart. Tych kart mamy klika rodzajów. Karty natury odpowiadają za utworzenie jednego z sześciu rodzajów terenu, karty życia pozwalają wybudować na określonym terenie miasto lub zasiedlić go zwierzętami. Do tego dochodzą karty kataklizmów (wykradanie kart, zamiana samych kafli lub ich typów, niszczenie terenów, miast, zwierząt) oraz celów.

Aby wygrać musisz pozbyć się wszystkich swoich ludzi, a możesz to zrobić budując miasta lub wykonując wspomniane wcześniej zadania.

Wypełnianie zadań zasadniczo jest powiązane z wykładaniem kart natury (dokładnie kafli terenu) ponieważ widnieją na nich różne kombinacje kart natury, które musisz mieć przed sobą, czyli wcześniej je wyłożyć. Zadania to praktycznie walka z czasem, bo są one wspólne dla wszystkich graczy i kto pierwszy spełni warunki, ten lepszy.

Bardziej wymagające jest wybudowanie miasta, ponieważ tutaj nie wystarczy tylko spełnić warunki terenowe widniejące na karcie miasta (określony teren), ale dodatkowo spełnić przynajmniej dwa warunki dodatkowe (sąsiedztwo z określonym typem terenu, dostęp do jedzenia – zwierząt), które również są widoczne na karcie. Jeżeli takie miasto sąsiaduje ze stadem zwierząt, to trzeba je  dodatkowo żywić na początku swojej rundy. Budowa miast nie jest już tak prosta jak spełnienie zadania, bo tutaj musisz zdobyć kartę miasta, przygotować odpowiednie warunki dla niego, a potem jeszcze zdążyć przed innym graczem, który może wykorzystać twoje upatrzone kafle do swoich celów.

Gra się bardzo szybko i czasami miałem wrażenie, że stosunkowo dłużej trwało przygotowanie gry niż sama rozgrywka. Ale to nie jest jej  wada, bo z założenia ma to być szybka gra (około 30 minut) i tak jest rzeczywiście. Gra nie ma zastojów, bo zasady są bardzo proste i nie wymagają dłuższego zastanowienia nad kolejnymi ruchami.

„Gaia” jest dobrą grą rodzina, która dzięki różnym wariantom rozgrywki pozwala ją dostosować do różnych grup graczy. Nie każdy jest miłośnikiem negatywnej interakcji, zwłaszcza kataklizmy mogą być źródłem dużej frustracji u takich właśnie graczy, a kilka wariantów rozgrywki daje możliwość dobrej zabawy dla każdego.

My graliśmy od razu z wykorzystaniem wszystkich wariantów i gra faktycznie miała cechy gry nastawionej na walkę z przeciwnikiem. Oczywiście nie jest to gra wojenna i negatywna interakcja jest tutaj na odpowiednim poziomie, ale przejmowanie terenów pod własne miasta, odbijanie ich oraz robienie użytku z kart kataklizmów sprawiało mi przyjemność. Dobrze zagrany Wulkan czyni na planszy spustoszenie godne Wezuwiusza.

„Gaia” została teraz wydana po polsku przez wydawnictwo Lucrum Games, więc tym bardziej warto sprawdzić ten tytuł pod kątem rodzinnych rozgrywek, ale oczywiście nie tylko rodziny będą się przy niej dobrze bawić, byle tylko gracze nie byli miłośnikami jedynie ciężkich gier strategicznych. Losowość doboru kart, interakcja mogąca niweczyć długoplanowe cele, jest tutaj mocno widoczna i nawet świetna grafika komponentów tego nie zasłoni. Gry mają przede wszystkim bawić, więc lepiej dobierać je pod konkretnych graczy, tak żeby każdy był zadowolony. Nic na siłę, ta zasada sprawdza się zawsze.

1-2015-04-28 21.46.21