Gościnnie w 2 Pionkach u przyjaciół

Wczoraj gościliśmy wraz z Monią u naszych bardzo dobrych przyjaciół Merry i Trzewika, którego zapewne bardziej znacie jako autora jednych z najlepszych gier w jakie grałem (51. Stan, Stronghold, Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island). Jak zawsze oprócz gadania, skurczów twarzy od śmiechu i nagłych jego ataków pograliśmy w kilka gier (obecnie nie gramy już tyle co kiedyś, bo widujemy się tak mało, że trzeba jednak więcej pogadać). Niestety poznane tytuły nie były na tyle interesujące, by o nich pisać, oprócz jednego, do którego bardzo chętnie wrócę.

1812: The Invasion of Canada to w zasadzie gra wojenna, ale eurogracze powinni się w niej szybko odnaleźć,  bo przesuwanie oddziałów (kosteczek – dla mnie klimatycznych) jest im przecież dobrze znane. Gra działa na zasadzie zagrywania kart i poruszania dzięki nimi armiami/wojskami, gdzie wynik bitwy wyznacza się na podstawie rzutów kośćmi, których siła (stosunek trafienie, ucieczka, decyzja „zostań/uciekaj”) zależy od rodzajów armii. Dodatkowo do dyspozycji dostajemy również karty specjalne, które wzmacniają nasze wojsko dając mu oręż, którym mogą zaskoczyć przeciwnika (zasadzki, mobilizacje, dodatkową rekrutację, dodatkowy przemarsz itp.). W konflikcie po jednej stronie stają Amerykanie (regularne wojsko, poborowi), a po drugiej Brytyjczycy, Kanadyjczycy i rdzenni Indianie, a cała gra opisuje historię wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią (1812-1814). Wprawdzie sama wojna zakończyła się utrzymaniem status quo pomiędzy mocarstwami, ale nam dzięki grze planszowej przyjdzie zasmakować prawdziwych zwycięstw i emocji związanych z prowadzeniem walk na wielu frontach, wysyłaniem oddziałów do bitew o strategiczne miasta oraz gorączkowego wpatrywania się w kości w czasie wojen, których prowadzić będziemy sporo.

Gra jest praktycznie dla 5 graczy, którzy decydują wspólnie (2 na 3) o losach historii, ale można w nią grac również w mniejszym składzie i wtedy ktoś z nas (lub wspólnie) kieruje „opuszczonymi” armiami. Myśmy grali w cztery osoby: Monia z Merry jako USA (dwie armie), a my z Trzewikiem (trzy armie) wybijaliśmy im z głowy ich wyzwoleńcze zapędy.

Bardzo ciekawym elementem jest sposób wyznaczania kolejności graczy. Z woreczka w ciemno wyciągamy znacznik armii, która będzie wykonywać swój ruch, a przez to gra jest bardziej dynamiczna, ponieważ nie do końca można sobie zaplanować wszystkie ruchy wojska, jako że sytuacja na frontach zmienia się często. Dlatego osiągnięcie pewnego zwycięstwa (przewaga w zdobytych miastach) nie jest takie łatwe i trzeba trochę się nagimnastykować, żeby do niego doprowadzić.

Sama gra wydaje się łatwa w wytłumaczeniu zasad i praktycznie po 20 minutach możemy już zasiąść do rozgrywki i oddać się planowaniu i wymyślaniu strategi dla naszych poczynań. Co ważne, gra powinna się spodobać nawet tym, którzy nie do końca ufają swoim wojennym zdolnościom, czego dowodem może być Monia, która od Conflict of Heroes (sprzedaję jakby co) ucieka na sam widok, a tutaj z uśmiechem na twarzy walczyła jak lwica i z zacięciem w oku prowadziła swoje wojska naprzeciw czerwonym kubrakom, dzikim Indianom i trochę „staroświeckim” Kanadyjczykom.

Wprawdzie zagraliśmy tylko raz, ale przy najbliższej okazji chętnie  zasiądę nad mapą północnej Ameryki i ponownie powalczę po którejś ze stron. Do czego i was gorąco zachęcam. Cena gry wprawdzie może odstraszyć, ale od czego są spotkania z grami lub konwenty.

W czasie naszego pobytu u Trzewików mieliśmy okazję uczestniczyć w nagraniu tworzonego przez nich podcastu 2Pionki, którego możecie posłuchać tutaj.  Słuchając go zauważycie zapewne luźną atmosferę, jaka panowała podczas nagrywania tego odcinka, ale tak właśnie jest podczas naszych spotkań. Nasza przyjaźń zapoczątkowana przez planszówki przerosła już to hobby dawno i teraz kiedy się widzimy to tak to wygląda. Śmiech, odpoczynek, wymiana poglądów, wspólne gotowanie, ploteczki. Niech mi ktoś powie, że planszówki to TYLKO zabawa.

P.S. Dziękuję Merry za zdjęcia :)