Granie do karpia

W moim przypadku tytuł jest zwodniczy, bo sam nie jadam mięsa od ponad 20 lat, ale w mojej rodzinie nikt nie wyobraża sobie Wigilii i Świąt bez tej ryby, tak jak i ja nie wyobrażam sobie spędzenia wolnych dni bez prób pogrania sobie w planszówki. Po latach doszedłem do jednej prawdy, że gier nie należy promować na siłę i wszelkiego rodzaju planowanie w towarzystwie planszowych naturszczyków nie ma sensu. Albo będziecie wzięci za poczciwych wariatów, albo wyładowane torby z grami przywieziecie z powrotem nietknięte do domu.

Dlatego obecnie praktykuję wzięcie ze sobą dwóch, trzech tytułów (najlepiej coś z gatunku gier imprezowych lub szybkich do wytłumaczenia gier rodzinnych) i nie nastawiam się z góry na sukces, a porażkę wpisuję w  swoje plany. Tak jest bezpieczniej dla mojej planszowej świadomości, a klęska mniej boli, bo jest przewidziana. Dodatkowo większa jest radość jak wszystko wypali i moja podstępna agitacja trafi na podatny grunt. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że nadzieja umiera ostatnia.

Te święta były zdecydowanie udane i radość zagościła w moim spragnionym gier sercu. Długo nie musiałem nikogo namawiać i zaplanowane tytuły trafiły na nasz rodzinny stół, a raczej kanapę, bo stół był oczywiście zajęty przez masę jedzenia, którą na pewno jeszcze długo będę musiał spalać podczas biegania.

Co do samych gier to nie miałem wątpliwości i do torby trafiły Tajemnicze Domostwo, Milionerzy i bankruci oraz Voodoo mania. Wybrałem gry, które dobrze działają przy większej liczbie graczy, wymagają interakcji miedzy nimi oraz mogą zaowocować ciekawymi i/lub śmiesznymi rozmowami lub sytuacjami, które rozbawią rozleniwione świąteczne towarzystwo.

Gry idealnie wpasowały się w klimat i sprawdziły się nad wyraz dobrze. Tajemnicze domostwo okazało się bezapelacyjnie hitem i pokazało jak pokrętne może być ludzkie myślenie, które potwierdziło stare przysłowie „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Granie duchem daje zupełnie inne doznania niż bycie jednym z paranormalnych detektywów, a co najważniejsze, obie formy gry bawią równie dobrze. Grało nam się bardzo dobrze, a zwłaszcza mi i mojej siostrze, ponieważ nawiązaliśmy prawie idealne połączenie mentalne i w mig wyłapywaliśmy podsuwane sobie wskazówki. Co geny to geny.

Voodoo manię wyda na początku roku po polsku wydawnictwo Foxgames jako Voodoo. Gra jest trochę taką wariacją na temat gry Dobble i wymaga bardzo dobrej spostrzegawczości i refleksu. Takie gry z założenia musza się sprawdzić w podatnym na zabawę towarzystwie i tutaj nie było wyjątku. Śmiech, pomyłki, wariackie teksty to jest kwintesencja takich gier. Czarna magia w takim wydaniu może być nad wyraz zwodnicza, bo przyciąga spragnionych dobrej zabawy i nieświadomych graczy bardzo skutecznie.

Na koniec Milionerzy i bankruci, czyli polskie wydanie gry Reinera Knizi High Society, które sprytnie pokazuje, że sprawne zarządzanie dużymi pieniędzmi to nie tylko wielkie zakupy, ale również płynność finansowa i żywa gotówka.  Jeżeli kolejna gra pokazuje, że tak naprawdę lubię licytację to znaczy, że gram teraz w dobre gry licytacyjne, a kiedyś  grałem w złe? A może to po prostu urok Reinera Knizi? Prawda zapewne jak zawsze leży pośrodku, ale szkoda czasu na tego typu dywagacje i lepiej poczuć dreszczyk emocji w czasie rzucania milionami na stół i czekania na reakcję współgraczy. Sprytny mechanizm wykluczenia z rozgrywki rozrzutnych graczy jest smaczkiem tej gry, który podkreśla wyrafinowanie mechanizmu licytacji.

Mieliśmy piękne święta. Rodzina, pyszności na stole, zero TV, nastrojowa muzyka w tle i do tego  gry planszowe łączące pokolenia. Jeżeli to nie jest przepis na idealne święta to ja się poddaję.

Wspomniane gry na pewno opiszę bardziej szczegółowo, bo są tego bez wątpienia warte, ale niestety nie zrobię tego dzisiaj. Dzisiejszy dzień ma tylko jedno zakończenie – premiera drugiej części Hobbita.

 

  • logicznieZnadPlanszy

    I jak Hobbit? ;o)

    • Bardzo mi się podobało :) Bardziej mroczniejszy niż część pierwsza i po wyjściu z kina sądziłem, że mi się mniej podoba przez to, ale im więcej myślę tym tej części tym bardziej zaciera się ta myśl. Niektóre sceny genialne (np. walka Gandalfa), a do tego łączenie Hobbita z Władcą – bardzo fajnie to jest zrobione. Wychodzi na to, że pójdziemy do kina chyba jeszcze raz… :)