Zombiaki 10 lat z nami

Zombiaki Ignacego Trzewiczka obchodzą w tym roku swoje 10 urodzimy. Na przekór rozkładu własnych ciał i ciągłej walki o skrawek ludzkiego mózgi wciąż goszczą na naszych stołach i jak znam życia jeszcze długo nas nie opuszczą. Na stronie Portalu ukazał się dziś mój felieton jaki napisałem na prośbę Ignacego pod hasłem „Z czym mi się kojarzą Zombiaki”. Na stronie wydawnictwa jest wersja PDF, a poniżej wersja tekstowa.

Tekst pierwotnie ukazał się na moim blogu PlanszowySwiat.pl.

Zombiaki mają już 10 lat. Aż nie chciało mi się w to wierzyć, kiedy Trzewik mi o tym powiedział. Inna sprawa, że on sam zresztą był chyba zaskoczony tą rocznicą. Ja wprawdzie nie jestem taką „starą planszówą”, ale seria Zombiaków na stałe zagościła w mojej świadomości gracza. Wprawdzie nie są to może wspomnienia związane z samą rozgrywką, ale nie zmienia to faktu, że te rocznicowe obchody są dla mnie bardzo ważne.

Nie byłem świadomy premiery pierwszej edycji Zombiaków, ale oczywiście ją posiadam. Pamiętam, że grając w nie zastanawiałem się nie raz jak jakość tego wydania ma się do „zasad BHP”: ostre rogi małych kart i koszmarnie mała wielkość czcionki instrukcji, przez co jej lektura sprawia, że nasze oczy zachodzą mgłą i proszą błagalnie o jak najszybsze zakończenie czytania. Na szczęście niektóre gry kiepską jakość wydania potrafią zrekompensować przyjemnością płynącą z gry, która zasłaniała wszystkie niedoróbki. Ta mała talia kart przeobraża się w naszych rękach w wielkie, krwawe starcie masy przegniłych ciał z walczącą o przetrwanie garstką ocalałych ludzi, a to wszystko podlane sosem absurdalnego humoru. Czego można chcieć więcej od małego pudełeczka, które możemy wszędzie ze sobą zabrać?

Tak naprawdę to Zombiaki 2 były moim pierwszym kontaktem z tą serią, a dodatkowo był to mój pierwszy kontakt z planszówkową społecznością. Któregoś dnia na stronie Portalu przeczytałem, że jeżeli ktoś jest chętny przetestować teksty na kartach do drugiej części Zombiaków to należy napisać na adres ich autora. Nie zdawałem sobie wtedy jeszcze sprawy jak działa proces tworzenia i testowania gier, więc prośba samego autora zrobiła na mnie wrażenie. Nie można przecież odmówić. Napisałem i jeszcze tego samego dnia otrzymałem pliki z kartami. Wziąłem sobie to zadanie mocno do serca i ostro zabrałem się do pracy. Trochę tych moich uwag było, ale mi w pamięci utkwiła zwłaszcza jedna (pamiętajcie tylko, że nie znałem wcześniej Zombiaków), w której zastanawiałem się czy należy używać wciąż słowa „zombiak”, bo to przecież słowo potocznie używane i czy nie lepiej zastąpić je słowem „zombie”… nie wiem jaka była na to reakcja Trzewika, ale mogę sobie wyobrazić  :)

Na pierwszym lub drugim Międzypionku spotkałem po raz pierwszy, na żywo Ignacego. Na stole leżała przedprodukcyjna wersja Zombiaków 2, a obok niej jej stał autor. Pomyślałem, że taka okazja może się już nie zdarzyć więc bez namysłu podszedłem do niego przywitałem się i powiedziałem, że brałem udział w testowaniu kart i z niecierpliwością czekam na premierę. Nawet wydrukowałem sobie karty z plików, które mi przesłał i teraz gramy sobie w domu w taką samoróbkę. Potem rozmawialiśmy jeszcze o Neuroshimie Tactics, o planach stworzenia, której Portal zaczynał już powoli informować oraz o grze karcianej, która była pierwszym etapem powstania 51. Stanu. Co dziwne, bo zarówno mi, jak i Ignacemu zarzuca się wady wymowy i niezrozumiałość tego co czasami mówimy, ale obydwaj świetnie się rozumieliśmy, więc to zapewne czyste pomówienia ;). Wtedy pierwszy raz poczułem się „bliską” częścią planszówkowej społeczności. Dookoła ludzie znani z forum, mogłem uczestniczyć w procesie tworzenia gry, a w dodatku poznałem znanego autora gier.

Od tego czasu z Ignacym spotykamy się już często i nasza przyjaźń objęła również nasze, lepsze (podobno) połówki. Zarówno żona Ignacego – Merry, jak i moja Moniq zapałały do siebie prawie siostrzanym uczuciem.

Odwiedzaliśmy Ignacego i Merry jeszcze w ich starym domu, gdzie zimą najbardziej odczuwalne ciepło gromadziło się wokół kominka. Nic więc dziwnego, że nasze wieczorne/nocne granie w ramach przedświątecznego spotkania zakończyło się w właśnie obok niego. Dziewczyny już ziewają i wyglądają same jak zombie, ale czy nie warto jeszcze na koniec wypróbować wariant Zombiaków na 4 osoby? Oczywiście, że warto! W tej mało chyba znanej  wersji rozgrywki używa się talii z dwóch części gry. Zasady są bardzo podobne do tradycyjnych, tylko że gra się parami. W czasie właśnie tej rozgrywki powstało kultowe dla nas hasło, które do dziś jest przez nas używane w czasie różnych gier.

Trwa zaciekła walka. Krew na ulicy. W powietrzu unosi się fetor rozkładających się ciał zmieszany z zapachem prochu i dymem palących się beczek z ropą. Właśnie jeden z zombiaków zaliczył nieprzyjemny strzał, który oderwał mu połowę twarzy, ale on sam idzie dalej. Należy to zaznaczyć żetonem rany… Żeton, żeton, gdzie jest żeton? Konsternacja. I tutaj pokręcony umysł Ignacego, który potrafi z wszystkiego zrobić grę lub jej element pokazał się z jak najlepszej strony. Trzewik bez zająknięcia sięga za siebie i na karcie kładzie element świątecznej dekoracji „Jedna rana, więc zombiak dostaje Mikołaja…”. Połączenie zombie klimatu z wizją rubasznego, czerwonego brodacza rozłożyła śmiechem nasze towarzystwo całkowicie. Nie wiem jak zakończyła się ta partia, bo jedyne co pamiętam to lądujących na kartach kolejnych Mikołajów i „zombiak dostaje Mikołaja”.

W Zombiaki gra już kolejne pokolenia planszówkowiczów. Łatwe do wytłumaczenia zasady, humor na kartach oraz wiecznie żywy popkulturowo temat to mieszanka, która sprawdza się zawsze. Ignacy 10 lat temu stworzył wciąż ciekawy i grywalny tytuł, a ja zyskałem w nim przyjaciela. Ignacy dziękuję i gratuluję.