Krótkie gry – zło naszych czasów?

Jeszcze kilka miesięcy temu dziwiłem się padającym w recenzjach argumentom na plus, że gra jest krótka lub na minus, że gra jest ogólnie dobra i ciekawa tylko czas rozgrywki jest niestety za długi. Jak to? Co może być fajniejszego niż granie w coś, co odrywa człowieka od rzeczywistości i pozwala na bardzo długo w tym planszowym świecie pozostać. Odbierałem gry jak książki lub filmy. Uważałem, że długi czas dla dobrego „produktu” to czynnik, który może działać tylko na jego korzyść.

Tekst pierwotnie ukazał się na moim blogu PlanszowySwiat.pl.

W tym roku przeszedłem na kolejny poziom mojego planszówkowego hobby, kiedy to zderzyło się ono z rzeczywistością świata, który wypełniony jest po brzegi różnego rodzaju pokusami na spędzanie wolnego czasu. Nie należę do osób, które spędzają czas przed telewizorem przerzucając bezmyślnie kanały ani np. na spaniu w ramach „nie ma co robić”. Powiem nawet więcej: marnowanie czasu we własnym wykonaniu mnie wprost denerwuje – czas trzeba wykorzystać, bo po to go mamy.

Do pewnego momentu spędzenie przy graniu nad jednym tytułem ponad 2 godz. uważałem za świetne spędzenie czasu i za nic w świecie nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że może być inaczej. Cieszyłem się z wieczorów, w czasie których wyciągniemy na stół grę i grając tylko w ten jeden tytuł będziemy czuli się spełnieni. Nie było żadnego problemu, że zagramy tylko w jedną grę, bo przecież jutro też jest dzień i wieczorem zagramy w coś innego, a może znowu w to samo? To były początki mojej znajomości z grami. Z czasem jednak moja kolekcja gier rosła i zwiększał się czas wyboru  tytułu „gry na dziś”, a ilość łamanych obietnic „zagramy dzisiaj” lub „zagramy w …” zaczynała się drastycznie wzrastać. Do tego dochodziły inne zainteresowania (np. sport), które skutecznie zaczęły konkurować z planszówkami. Planszówki cały czas były i są ważne w moim życiu, ale musiały w sposób naturalny  ustąpić trochę miejsca innym elementom życia. O pracy nie trzeba, jak sądzę, wspominać, bo każdy z nas musi się z tym problemem borykać.

Nagle okazało się, że mimowolnie sięgam po tytuły, które można rozegrać do godziny, a nawet takie, w które w ciągu kilkudziesięciu minut zagramy kilkakrotnie. Na półce patrzy z wyrzutem Agricola, Cywilizacja poprzez wieki, W roku  smoka itd., a ja premedytacją sięgam po pudełka z grami, w które uda mi się zagrać w ciągu wieczora nie tylko jeden raz. Zacząłem doceniać takie gry i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zaczynało do mnie dochodzić, że gry krótsze sprawdzają się u mnie coraz lepiej. Co z tego, że przeczytałem instrukcję do Mage Knighta i zaczęliśmy w niego grać, skoro brakuje czasu na powrót do gry i poświęcenie jej kilku godzin? Przerywanie rozgrywki i odłożenie jej na dzień następny skutecznie „odradza” kot uwielbiający elementy każdej gry rozłożonej na stole.

Zaczynam dlatego doceniać tendencje autorów gier do tworzenia tytułów, które pozwalają z nich wycisnąć samą dobroć bez konieczności spędzania nad nimi kilku godzin. Podobnie zresztą dzieje się z grami komputerowymi, gracze mają już tyle bodźców dokoła siebie, że trudno im się skupić (zarówno umysłowo, jak i czasowo) tylko na jednym tytule lub ogólnie na jednym typie rozrywki. Wolą zagrać w kilka gier niż ślęczeć tylko nad jedną. Zawsze oczywiście znajdą się gracze lubiący „długodystansowy” typ gier i na inny nawet nie spojrzą, ja jednak zacząłem również doceniać tytuły charakteryzujące się krótkim lub średnim czasem rozgrywki. Coraz częściej spotykane dążenie autorów do skracania czasu rozgrywki przez opieranie ich zasad na jednym lub dwóch mechanizmach, przestałem odbierać jako „nabijanie tytułów”  w ich portfolio, ale uważam to za ich (lub ich wydawców) próbę podążania z duchem zmieniającego się świata wokół nas, który przestał być tylko globalny, ale stał się też szybki. Zaczynam się tylko zastanawiać, czy przestanę być przez to „graczem”?

  • Robert C.

    Też mam podobne dylematy. Tylko że ja naprawdę lubię grać w „długodystansowe” gry. Niestety problemem jest czas oraz zebranie chętnych a raczej zgranie harmonogramów 4-5 osób na co najmniej 4 godziny na ten sam termin. Granie przez sieć teoretycznie mogłoby pomóc ale dla mnie to nie to samo. Też zauważam tendencje do upraszczania, skracania gier planszowych (analogiczną z tendencją w grach PC) z tym że o ile doceniam gry w które łatwiej znaleźć mi chętnych do gry o tyle nadal marzę o wielogodzinnych bojach w gry 4X jak Burning Suns, Eclipse czy Runewars. W krótszej formule nie da się zmieścić tyle opcji, możliwości, mechanik co w dłuższych grach. Dla mnie gry gdzie po prostu mam mniej wyborów możliwości są mniej satysfakcjonujące. Potrafię zagrać 5 razy pod rząd w Lords of Waterdeep ale nie jest to dla mnie tak samo ciekawe jak poświęcenie tego wieczoru na coś dłuższego.

    • Czasami jednak nie można mieć wszystkiego i lepiej zagrać niż nie zagrać. Jednak w przypadku grania 5 razy w ten sam tytuł to na brak czasu chyba nie można narzekać? ;)

      • Robert C.

        Niby tak ale to się udaje raz na jakieś 2 miesiące po drugie zaś chciałbym grać w jedną dłuższą grę przez ten czas niż kilka partii drobnicy z której mam mniejszą satysfakcje.