Artefakty Obcych (Alien Artifacts)

Artefakty Obcych (Alien Artifacts). Kosmiczne tryby mechanizmu punktującego, czyli nie wierzcie we wszystko co wam mówią

Szef wydawnictwa Portal, Ignacy Trzewiczek, znany jest z tego, że potrafi w każdym rozbudzić oczekiwania na gry swego wydawnictwa, nawet w tych, którzy nie zamierzali ich wcześniej kupić. To z jednej strony wspaniały sposób na promocję, ale z drugiej strony rozbudzanie wysokich oczekiwań, które nie wszystkie gry potrafią w końcu zaspokoić i to nawet nie z własnej winy. Dlaczego? Bo są one innymi tytułami niż te, na jakie były przez niego kreowane. Nie twierdzę, że jest to działanie z premedytacją i zapewne tak je faktycznie odbiera, ale czasami taka reklama przynosi odwrotny skutek. Tak było na przykład z jego „Pierwszymi Marsjanami”, którzy bardzo często nie spełnili oczekiwań graczy czekających na wielką przygodę na miarę „Robinsona w kosmosie”, a dostali „marsjańskie ora et labora”, czyli grę o codziennej, monotonnej pracy w stacji kosmicznej. Teraz podobny los spotka grę „Artefakty Obcych” („Alien Artifacts”) Marcina Ropki i Violi Kijowskiej, która nie jest zapowiedzianą rozbudowaną grą w stylu 4X, ale bardzo dobrze zilustrowaną eurogrą o budowaniu punktowego silnika. Dlatego dam ci dobrą radę na przyszłość. Trzewiczek jest mistrzem słowa i tego nie da się ukryć, radzę jednak żebyś do końca tym słowom nie ufał, potraktował opisy z dystansem i czytał między wierszami. Ja nauczyłem się tej odporności i po raz kolejny dobrze na tym wyszedłem. Zarówno „Marsjanie”, jak i „Artefakty Obcych” odebrałem takimi jakie są i lubię w nie grać, ale nie musiałem walczyć z rozczarowaniem, czy też ze zdruzgotanymi nadziejami. Poniżej postaram się ci pokazać właśnie to prawdziwe oblicze „Artefaktów”. Czytaj więcej

Akademia Smoczych Wrót. Kiedy nie stać cię na studia w Hogwarcie, a chcesz być kimś w magicznym świecie

Pomimo swoich lat jestem fanem Harrego Pottera, nie wstydzę się tego i wciąż liczę, że jeszcze przeczytam kolejne przygody już niemłodego czarodzieja. Znane uniwersa lubią być jednak eksploatowane nie tylko z poziomu głównych bohaterów. Pojawiają się więc różnego rodzaju spinoffy dotyczące drugoplanowych bohaterów lub miejsc. Gdyby ktoś chciał zrobić grę o studiowaniu i związanych z tym przygodach na znanej i cenionej uczelni jaką jest Hogwart, to taką grą właśnie spokojnie mogła by być „Akademia Smoczych Wrót”. Wystarczy popuścić lekko wodze fantazji i już moglibyśmy buszować nocami po Akademii pod osłoną peleryny niewidki jako jeden z przedstawicieli czterech sławnych domów tej znamienitej Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Niestety brutalny świat licencji jest jaki jest i zamiast do Hogwartu trafisz do Akademii Smoczych Wrót. Może nie jest to tak sławna uczelnia, ale kształci ona równie dobrze i skrywa swoje tajemnice. A żeby nikt mi nie zarzucił, że wymyślam tego typu porównania na siłę, to pozwolę sobie zacytować motto Hogwartu – „Draco dormiens nunquam titillandus”, czyli „Nigdy nie drażnij śpiącego smoka„. I co? Jest coś na rzeczy, prawda?
Czytaj więcej

O czym śni koniec języka, czyli listopadowe nowości Naszej Księgarni

Będąc na Krakowskich Targach Książki zostałem obdarowany przez Jarka Basałygę dwiema listopadowymi nowościami Naszej Księgarni. Wyjazd był spontaniczny, prezent niespodziewany (w zasadzie nie powinno ich jeszcze być, był przecież jeszcze październik), ale jak się po raz kolejny okazało, nic nie dzieje się bez przyczyny. Dwie gry w krótkim czasie idealnie wpasowały się w nasze przyjacielsko-rodzinne spotkania, a z doświadczenia już wiem, że tych akurat „graczy” nie wszystko bawi. Czytaj więcej

Przed premierą: Azyl: Zagrożone Gatunki. Europejska ochrona zwierząt

Azyl: Zagrożone Gatunki” poznałem kilka miesięcy temu w zupełnie innym wcieleniu. Na spotkaniu z wydawnictwem Cube Factory of Ideas, Przemek Wojtkowiak prezentował nam swoją grę „Farma”, która opowiadała o pracy na roli. Od tego czasu gra fabularnie całkowicie się zmieniła, ale mechanika, która stanowiła podstawę mojego zainteresowania tym tytułem pozostała. „Azyl” to gra dla miłośników klasycznego, europejskiego podejścia do planszówek. Nie znajdziesz w niej przeładowania mechanizmami, ale te które tu zastosowano, zapewnią twoim szarym komórkom satysfakcjonujący trening. Czytaj więcej

Pocket Mars. Bez klimatu jej do twarzy

Swego czasu ekipa wydawnictwa Board&Dice zrobiła wszystko, żeby pokazać nam jak klimatyczną grą jest „Pocket Mars„. Sadzili nawet ziemniaki. A mam wrażenie, że już tylko mały krok dzielił ich od zbudowania własnej rakiety, która wyniosłaby ich na podbój czerwonej planety. Ktoś, kto się na to złapał, zapewne doznał po pierwszej rozgrywce szoku, bo w tym tytule klimatu na próżno szukać. Niestety, zdarza się. Oczywiście możesz się ze mną nie zgadzać, bo przecież w grze czuć klimat… tylko że ten prawdziwy, suchy, marsjański, ale to przecież nie o to chodzi. Na szczęście w grach najważniejsza jest mechanika i przyjemność płynąca z samego grania, a tutaj wszystko jest w porządku i pod tym względzie na pewno nie poczujesz się oszukany. Czytaj więcej

Terraformacja Marsa. Hellas i Elysium czekają na nowych pionierów

Ostatnio najczęściej na naszym stole ląduje „Terraformacja Marsa„, która wspólnie z „Great Western Trail” skradła nasze planszówkowe serca. W zasadzie gdybym dołożył do tego „Cywilizację: Poprzez wieki”, „Agricolę” i pierwotny „51. Stan”, to już bym mógł spokojnie udać się na bezludną wyspę wraz z moją (uwaga!) żoną Moniką (tak, tak, na wieki oficjalnie razem) i na pewno byśmy nie zaznali nudy i stagnacji w tych mało przyjemnych okolicznościach przyrody. Wprawdzie o „Terraformacji Marsa” na blogu nic nie napisałem, ale tyle razy o niej mówiłem podczas Rozmów.ZP, a w sumie też sporo tego na innych blogach ZnadPlanszy.pl znajdziesz, że chyba nie muszę nic więcej do tego dokładać. Warto natomiast, przynajmniej nawet z powodów kronikarskich, wspomnieć o pierwszym dodatku do tego genialnego tytułu, czyli „Hellas i Elysium„. Jest to wprawdzie tylko plansza, ale wystarczy kilka rozgrywek, żeby poczuć świeżą krew, która popłynęła w żyłach dobrze już nam znanej ulubienicy. Mhh, troszkę to zabrzmiało jak wpis z pamiętnika doktora Frankensteina, ale obiecuję, że dalej będzie już o grach.    Czytaj więcej

„Pierwsi Marsjanie: Przygody na Czerwonej Planecie”. Warto czy nie warto? Zostałem adwokatem diabła

Długo naczekałem się na premierę „Pierwszych Marsjan”. Wcześniejsza gra Ignacego Trzewiczka – „Robinson Crusoe: Przygoda na przeklętej wyspie” jest dla mnie najlepszą grą przygodową, więc pewnie się domyślasz, że oczekiwania miałem spore. Poprzeczka poszła wysoko w górę, ale bez wahania zaufałem wydawnictwu biorąc udział w przedsprzedaży misji na Marsa. Może i trochę nie dotrzymali do końca daty premiery, ale zniosłem to spokojnie, mam w co grać, dramatu w czterech aktach nie było. I w końcu przyszła. Kurier, rozpakowanie, czytanie…. czytanie instrukcji, misja, kolejna, potem kilka gier z przyjaciółmi, początek kampanii i już wiem, że dostałem to co chciałem. Niestety z tego co słucham i czytam w internetach, to odbiór sporej grupy innych graczy nie jest tak radosny jak mój. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu musi się podobać to samo, ale odnoszę wrażenie, że nie wszyscy tak naprawdę wiedzą dlaczego tę grę krytykują. Może to wina skuszenia się na piękne słowa Trzewiczka, który potrafi opowiadać o swoich grach z tak zaraźliwą pasją, że czasami zapomina się czego samemu oczekuje się od gier? Nie wiem, ale postanowiłem zebrać tu kilka zarzutów i spróbować na nie odpowiedzieć. Będę tym tytułowym adwokatem diabła.

Żeby wszystko było jasne, to od razu podkreślam: nie brałem udziału w produkcji i testach tego tytułu, nie grałem w jej wersje przejściowe, grę po raz pierwszy zobaczyłem jak inni, którzy kupili ją w przedsprzedaży i nie mam problemu z powiedzeniem o grze czy mi się ona podoba, czy nie. Nawet kiedy ją sam kupiłem i/lub znam jej autorów. Książki, filmy i płyty nauczyły mnie, że szkoda życia na marnowanie czasu na złe rzeczy, skoro w kolejce czekają inne. OK, formalności mamy z sobą, to zaczynamy.

Czytaj więcej

„Catan: Pojedynek”. Lubisz „Catan”? Ja nie, ale pojedynku nie odmówię

Patrząc po moim roczniku, to w zasadzie pochodzę z pokolenia „Wsiąść do pociągu” i „Osadników z Catanu”, czyli gier – klasyków, które do pory są polecane jako idealne tytuły na rozpoczęcie przygody z grami planszowymi. Ja jednak planszówki tak naprawdę pokochałem dzięki „Neuroshimie Hex”,  „Pociągi” lubię, chętnie zagram, choć szału nie ma, ale „Osadników z Catanu” (obecnie jest to po prostu „Catan”) obchodziłem szerokim łukiem. Jakoś nie czuję emocji jakie im towarzyszą, choć oczywiście mam dla nich szacunek za to co zrobili dla gier planszowych. I tak by pewnie pozostało, gdybym na swojej drodze nie spotkał wariacji w postaci karcianej, w tym tej dla dwóch osób. W życiu kieruję się zasadą, że wszystkiego trzeba spróbować i nie należy ograniczać się uprzedzeniami. Dzięki takiemu podejściu mogę już teraz powiedzieć, że gram w „Catana” jak inni i dobrze się przy tym bawię. Oczywiście, jeżeli lubisz serie, to zapewne do tej wersji nie będę musiał cię długo przekonywać, ale i tak zobacz co takiego fajnego widzę w „Catan: Pojedynek„.

Czytaj więcej

Przed premierą: Projekt Gaja. Gra, która pokazuje, że genialny tytuł może być jeszcze lepszy

Grę „Terra Mystika” kupiłem w zasadzie w ciemno podczas przedsprzedaży przed premierowymi dla niej targami w Essen. Wystarczyło tylko, że przeczytałem jej opis i usłyszałem, że autorów wspierał przy projektowaniu sam Uwe Rosenberg. To nazwisko do dziś otwiera samoczynnie mój portfel, a powiem szczerze, że na tamte czasy cena gry byłą niezbyt zachęcająca do takich pochopnych decyzji. Na szczęście zakup okazał się strzałem w dziesiątkę i „Terra Mystika” znajduje się w czołówce moich ulubionych tytułów. Pomimo jednak uczucia jakim ją darzę, zdaję sobie sprawę z kilku jej problemów. Nie są to błędy mechaniczne, bo pod jej maską wszystko pięknie działa, ale ma ona pewne elementy, które mogą się graczom nie podobać i ciężko mi z nimi polemizować. Takie uwagi musiały również dotrzeć do jej autorów, którzy wzięli sobie je do serca, dodali do tego doświadczenie, którego nabyli od czasu premiery swojej pierwszej gry i tak narodził się „Projekt Gaja„. Gra, która czerpie pomysły całymi garściami ze swojej poprzedniczki i pokazuje czym powinna być „Terra Mystika” od samego początku.

Czytaj więcej

Uczta dla Odyna. Prolog i co właściwie skrywa to duże pudło

Ten tekst jest wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze pierwszy raz spotkałem się z grą, która od razu powiedziała mi „No bracie, tutaj sobie tak szybko tekstu na bloga o mnie nie napiszesz„. Wprawdzie trochę się pomyliła, bo jednak go czytasz, ale faktycznie po kilku grach nie czuję się jeszcze na siłach, żeby w całości opisać ogrom możliwości jakie skrywa „Uczta dla Odyna”. Potraktuj więc ten tekst, tak jak napisałem w tytule, jako swego rodzaju wstęp. Taką przystawkę, która ma na celu zaostrzyć apetyt przed daniem głównym. Dodatkowo mam jeszcze dla ciebie podgląd zawartości pudełka, bo liczba dobroci jakie ono skrywa spokojnie mogłaby wystarczyć na trzy lub nawet cztery gry. Ze zdjęciami wiąże się druga z wyjątkowości. Oczekiwania od wydawnictwa były jasne: muszą być kotki. I nastał ten dzień, kiedy zadałem sobie pytanie, co do bloga przyciąga bardziej, ja czy Mordimer z Khaleesi? Dla własnego dobra psychicznego postanowiłem jednak nie drążyć za bardzo tematu… Zapraszam do stołu, uczta czeka.

Czytaj więcej